Silna zwyżka notowań przy jednych z najniższych w tym roku obrotach to raczej oznaka bezsilności rynku niż powód do zadowolenia. W dalszym cięgu to podaż wyznacza rytm zdarzeń na parkiecie. Jej bierność pozwala na zwyżkę, natomiast większa aktywność przynosi spadek kursów. Nie jest przypadkiem, że od ustanowienia czerwcowego dołka jedynie dwie sesje zakończyły się wyraźniejszym ruchem w górę. Na obu obroty były jednak bardzo skromne. 26 czerwca wyniosły 712 mln zł dla spółek z WIG20, wczoraj nie przekroczyły 400 mln zł. W takiej sytuacji trudno traktować notowania od 13 czerwca inaczej jak w kategoriach korekcyjnego odbicia po miesięcznej wyprzedaży, zapoczątkowanej 12 maja.
Jeśli przyjmiemy hipotezę o zmianie półtora miesięca temu na warszawskim parkiecie głównego trendu na malejęcy, to jest prawdopodobne, że osięgnięcie przez WIG20 2675 pkt wyczerpuje potencjał odbicia.
Tutaj wypada 38,2-proc. zniesienie przeceny z pierwszej połowy czerwca. Alternatywę dla takiego scenariusza jest dopełnienie
ruchu powrotnego w rejon
2750 pkt.