W czasie majowo-czerwcowej wyprzedaży często podkreślano, że jest ona pochodną zjawisk ogólnoświatowych, natomiast brakuje do niej przesłanek krajowych, bo gospodarka jest w dobrej kondycji i przed nią korzystne perspektywy. W takiej sytuacji można byłoby oczekiwać, że najszybciej po przecenie pozbierają się spółki o mniejszej kapitalizacji, ściślej powiązane z koniunkturę w naszej gospodarce. Jednak od 13 czerwca WIG20 rośnie szybciej zarówno od MIDWIG-u, jak i WIRR-u. O ile w przypadku segmentu średnich spółek można to tłumaczyć mniejszą skalę wcześniejszego spadku (18 proc. wobec 24 proc. WIG20), o tyle WIRR zniżkował w podobnym stopniu co WIG20. Jednocześnie interesujące jest to, że po 39 sesjach spadku indeks blue chips jest prawie dokładnie w tym samym miejscu, w jakim był po takim czasie od ustanowienia szczytów jesienią 2003 r. i wiosną 2004 r. - ok. 11 proc. poniżej wcześniejszej górki. A przecież tym razem spadek był znacznie silniejszy niż w przypadku trzech poprzednich korekt. Dużo lepiej niż teraz WIG20 radził sobie jesienią 2005 r., kiedy do odrobienia strat wystarczyły 42 sesje, a po 39 sesjach od szczytu indeks tracił do niego nieco ponad 2 proc. Takie zachowanie sugerowałoby, że podczas czerwcowej wyprzedaży inwestorzy za daleko się zapędzili w swoim pesymizmie i teraz indeks odbija jak sprężyna. To mógłby być argument przemawiający za powrotem hossy za jakiś czas.
Innym ciekawym zjawiskiem jest to, że nasza giełda od czerwcowego dołka zyskała mniej więcej tyle samo, co rynki wschodzące. Wyraźnie widać jednak przy tym wyprzedzanie przez nasz parkiet tego, co dzieje się na innych emerging markets. Taka sytuacja nie jest łatwa do interpretacji, bo trudno przypuszczać, by zagraniczny kapitał najpierw wchodził na warszawską giełdę, a potem przenosił się na inne rynki. Raczej trzeba to przypisać zbiegowi okoliczności. Chyba że dziś silne kupno zobaczymy również na innych emerging markets. Te jednak, powielając schemat zachowania z wiosny 2004 r., najbliższe dni powinny spędzić w konsolidacji.