Czwartek był dniem banków centralnych. O poziomie stóp procentowych decydował bowiem Bank Anglii i Europejski Bank Centralny. Obie instytucje, zgodnie z oczekiwaniami, pozostawiły stopy na dotychczasowym poziomie (odpowiednio
4,5 proc. i 2,75 proc.). Nie wywołało to większej reakcji na europejskich giełdach. Nieco większe wrażenie na graczach z Europy zrobił Jean-Claude Trichet, który powiedział,
że stopy w Eurolandzie wciąż są na niskim poziomie, a ECB musi być czujny, żeby nie dopuścić do wzrostu inflacji. Słowa te wywołały lekki spadek indeksów. Rynek, zupełnie niesłusznie, odebrał je jako sugestię możliwego przyspieszenia zaostrzania polityki monetarnej, gdy tak naprawdę, wpisują się one w zachowawczą politykę ECB. Politykę, sprowadzającą się do 0,25-proc. podwyżek raz na kwartał.
Wczorajszy wzrost w Europie pomógł na otwarciu amerykańskim indeksom. Bykom na Wall Street pomagał też słaby odczyt "usługowego" wskaźnika ISM. W czerwcu spadł on do poziomu 57 pkt., wobec oczekiwanego spadku do 59 pkt. Inwestorzy odebrali to jako czynnik zmniejszający szanse na sierpniową podwyżkę stóp procentowych w USA i zaczęli kupować akcje. Obecnie bowiem, oczekiwania odnośnie do kształtowania się polityki monetarnej w USA, są głównym determinantem zmian nie tylko na giełdach, ale również na rynku obligacji i foreksie.
Sytuacja techniczna na wykresie S&P500 czy Nasdaq Composite wskazuje, że w najbliższych tygodniach powinna zwyciężyć koncepcja, że Fed raczej nie będzie podnosił stóp. A więc koncepcja sprzyjająca wzrostom cen akcji.