Narodowe Fundusze Inwestycyjne są coraz mniej "narodowe". Są za to coraz bardziej "normalne", czy jak kto woli, rynkowe. I dobrze - im szybciej nastąpi ta transformacja, tym lepiej dla rynku kapitałowego.
Nie będę Państwa zanudzał epopeją funduszy na przestrzeni 10 lat. To, co się działo w funduszach i spółkach parterowych, dostarczyłoby materiałów do pracy dla niejednej komisji śledczej. A te - gdyby rzetelnie chciały powyjaśniać wszyst- kie przeprowadzone operacje - dokonałyby dużego spustoszenia w działach kadr na naszym rynku kapitałowym. Ale tak się nie stanie. Komisje zajmują się gonieniem króliczka, a nie widzą, gdzie ukryto konfitury.
Wróćmy do nieefektywości rynku. W Narodowych Funduszach Inwestycyjnych część akcji znajduje się w posiadaniu drobnych inwestorów. Często bardzo drobnych. Przeprowadzany proces deinwestycji we wszystkich funduszach przebiegał jednakowo: fundusze ogłaszały (i w dalszym ciągu ogłaszają) publiczne wezwania do zapisywania się na sprzedaż akcji. Takich wezwań ogłoszono już wiele. A rekordziści uczynili to już nawet czterokrotnie.
Ceny proponowane w wezwaniu są zawsze dużo wyższe od wartości aktywów przypadających na jedną akcję (oraz od samego poziomu notowań). To zaś oznacza, że inwestor, który nie odpowiedział na wezwanie, tracił - po rozliczeniu wezwania wartość aktywów przypadających na jedną akcję istotnie spadała. A w ślad za tym poziom notowań na giełdzie.
Brak aktywności drobnych inwestorów powodował, że ci, którzy odpowiadali na wezwanie, otrzymywali więcej środków, niż miałoby to miejsce, gdyby odpowiedzieli wszyscy. Lub gdyby wypłacono dywidendę - ta by znalazła się na wszystkich rachunkach inwestycyjnych proporcjonalnie do liczby posiadanych akcji. O tym, jak duża była ta "premia", można się przekonać, analizując stopę redukcji zleceń sprzedaży w poszczególnych wezwaniach. Co interesujące - po każdym wezwaniu ta "premia" się zwiększa. Po zarejestrowaniu umorzenia udział nieaktywnych akcji w kapitale zakładowym funduszu wzrastał.