Najważniejszą nową informacją, jaką podały światu w piątek Orlen i PGNiG, było to, że już niebawem powstanie sześcioosobowy wspólny zespół, który opracuje warianty pozyskania dostępu do złóż ropy i gazu. Podpisane przy błysku fleszy porozumienie było więc głównie... posunięciem PR-owskim. Po co?

Aby to wyjaśnić trzeba się nieco cofnąć w czasie. Oto pod koniec czerwca Grupa Lotos zaprezentowała uaktualnioną wersję swojej strategii. Postawiła w niej m.in. na wydobycie ropy, a zarząd zapewnił, że gdański koncern będzie teraz stał na straży bezpieczeństwa energetycznego Polski. Ten ostatni element Lotos zaczął bardzo mocno podkreślać po tym, jak Orlen podpisał umowę dotyczącą przejęcia litewskiej rafinerii Możejki. Transakcja ta - jak twierdzą przedstawiciele spółki z Gdańska - jeszcze głębiej uzależnia płockiego konkurenta od dostaw surowca z Rosji. I właśnie dlatego Grupa Lotos musi wziąć na siebie rolę strażnika bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Nowa umowa między Orlenem i PGNiG to jakby odparcie zarzutów gdańskiej firmy. Menedżerowie z Płocka wydają się mówić: wcale się nie uzależniamy od Rosji, przeciwnie przyspieszamy plany wydobywcze. Pokazują też, że oto mają mocnego i godnego zaufania partnera, którym jest kontrolowane przez państwo PGNiG. Orlen stosuje tym samym stary jak świat manewr ucieczki do przodu. A to z kolei może oznaczać, że kłopot będzie miała Grupa Lotos.

Można się domyślać, że przynajmniej niektórzy z szefów płockiego koncernu liczą na jeszcze jeden bardzo ważny dla nich efekt: zachowanie stanowisk.