O przebiegu kolejnej sesji zadecydowały notowania KGHM. Powoli znów można mówić o pewnym wynaturzeniu naszego rynku. Kurs lubińskiego kombinatu zaczyna przypominać instrument pochodny na miedź, gdzie niezbyt znaczące wahania ceny surowca przekładają się na silne zmiany kursu. Wczoraj zwyżka KGHM odpowiadała za 0,8 pkt proc.

z 1,8-proc. wzrostu WIG20. Dalsze 0,5 pkt proc. dorzuciło Pekao. Widać z tego, że reszta rynku była tylko tłem. Z takiej sesji trudno wyciągać dalej idące wnioski.

Ciekawsze rzeczy dzieją się na świecie. Mogą one mieć konsekwencje również dla naszej giełdy. Uwagę zwraca słabość odbicia, a teraz szybkość spadku w pobliże czerwcowych dołków dużych rynków azjatyckich: japońskiego oraz koreańskiego, największego z emerging markets. Z jednej strony jest to odpowiedź na wzrost ceny ropy, a z drugiej wiąże się z sygnałami zwalniania amerykańskiej gospodarki. Narastanie przekonania, że globalna koniunktura ochłodzi się w kolejnych miesiącach, będzie musiała odbić się na notowaniach surowców. Dlatego nie warto liczyć na to, że spadek cen ropy może przyczynić się do poprawy nastrojów na giełdach.

Z perspektywy naszego rynku chyba najgorszym rozwiązaniem byłaby sytuacja, w której utrzymywać się będą wysokie notowania jedynie surowców energetycznych. Natomiast mniejszym wzięciem cieszyłyby się metale. Może się tak stać ze względu na geopolitykę, gdyż ropa jest na nią bardziej wrażliwa niż inne surowce. Wpływ na to mogłaby mieć również aprecjacja dolara. Z chwilą przełamania czerwcowego dołka wobec euro stanie się bardzo prawdopodobna. Przyczyny wzrostu dolara nie należy raczej upatrywać w awersji do ryzyka, bo zyskuje również wobec franka szwajcarskiego, uważanego za najlepszą walutę na niespokojne czasy. Do kupna dolarów zachęcają raczej oczekiwania na kolejne podwyżki stóp. Istnieje zatem coraz większa obawa, że kolejne tygodnie znów będą przebiegać pod znakiem odmiany przez wszystkie przypadki słowa inflacja. A to, czy obawy przed jej wzrostem okażą się słuszne, to już zupełnie inna historia.