Piątkowe dane o wyraźnie niższym od oczekiwań wzroście amerykańskiego PKB w II kw. (o 2,5 proc.) są kolejnym potwierdzeniem tezy, że gospodarka za oceanem zaczyna zwalniać. Świadczą o tym praktycznie wszystkie publikowane ostatnio statystyki, nie wspominając już o wypowiedziach szefa Fedu. Początkowa reakcja rynku była optymistyczna - kursy akcji wzrosły. Najprostsze (choć niekoniecznie właściwe) wytłumaczenie tego faktu jest takie, że niższy wzrost gospodarczy to koniec podwyżek stóp, a to oczywiście cieszy inwestorów. Tyle tylko, że gdyby taka interpretacja była prawdziwa, to już dawno S&P 500 powinien przebić majowy szczyt - w końcu majowa przecena została wywołana rzekomo obawami przed nową serią podwyżek stóp. Być może piątkowy wzrost notowań bardziej wynikał z faktu, że słabszy wzrost gospodarczy był dyskontowany przez rynek od wielu tygodni i nie stanowi już szczególnego zaskoczenia. Poza tym zaskakujące reakcje na słabe dane nie są nowością, a próby odgadnięcia tego, jak rynek odbierze informacje z gospodarki, to karkołomne zadanie. Najlepszym dowodem na to były reakcje na ostatnie komunikaty Fedu - początkowy entuzjazm szybko znikał.
O tym, że stopy procentowe same w sobie są obecnie kiepskim wytłumaczeniem zachowania rynku, świadczą chociażby notowania obligacji w ostatnich trzech miesiącach. Rentowność papierów skarbowych spadała wraz z wyprzedażą akcji w maju - a przecież powinno być odwrotnie, gdyby prawdziwa była teza, że majowe załamanie było efektem obaw przed podwyżkami stóp. Z kolei czerwcowe odreagowanie na rynku akcji pokryło się z wyraźną zwyżką rentowności obligacji. Podobnie od lipcowego szczytu S&P 500 rentowność obligacji znowu maleje. Czyli jest dokładnie na odwrót, niż wynikałoby to z tezy o tym, że wszystko zależy obecnie od oczekiwań co do zmian stóp procentowych. Wygląda raczej na to, że wszystko zależy od tego, czy uda się utrzymać umiarkowane przynajmniej tempo wzrostu gospodarczego.