Przez ostatnie kilkanaście lat żyliśmy w błogim przekonaniu, że jedynym kierunkiem przekształceń własnościowych w polskiej gospodarce jest prywatyzacja. Nic dziwnego. Dziesięciolecia funkcjonowania państwowej własności zmieniły przedsiębiorstwa w biurokratyczne molochy, niezdolne do konkurencji i rozwoju. Potem, w warunkach gospodarki rynkowej, wybronione przed prywatyzacją państwowe firmy czasem przepoczwarzały się w folwarki, służące politykom do nagradzania synekurami swoich przyjaciół, a czasem w skanseny, w których dzięki strajkom udawało się zachować nadmierne zatrudnienie finansowane z budżetowych dotacji. Obecnie państwowa własność raptem zaczęła wracać do łask. Politycy PiS proponują, aby w warunkach zagrożenia bezpieczeństwa państwa, związanego z planami wrogiego przejęcia polskich przedsiębiorstw, było możliwe dokonanie ich przymusowej nacjonalizacji. Czy takie rozwiązanie jest zgodne z obowiązującym prawem oraz z normami postępowania współczesnych państw?

- Sądzę, że w wyjątkowych sytuacjach nacjonalizacja przedsiębiorstw - oczywiście za pełnym odszkodowaniem - jest do pomyślenia. We współczesnej gospodarce rynkowej byłoby to jednak działanie dość niezwykłe. Od czasów prywatyzacyjnej krucjaty Margaret Tha- tcher przypadki przejmowania firm przez państwo zdarzały się w krajach OECD niezwykle rzadko. Zazwyczaj dotyczyło to spółek na skraju upadłości, na które nie było chętnych wśród prywatnych inwestorów . Choć rządy nieraz interweniowały w przypadku prób wrogich przejęć krajowych przedsiębiorstw, nie sięgały nigdy po tak niezwykłe i kontrowersyjne środki jak nacjonalizacja.

Nacjonalizacja w ostatnim ćwierćwieczu kojarzy się raczej z krajami egzotycznymi, prowadzącymi specyficzną - zazwyczaj komunizującą - politykę gospodarczą. Dokonywali jej latynoamerykańscy populiści, tacy jak Evo Morales w Boliwii czy Hugo Chavez w Wenezueli albo walczący z resztą świata afrykańscy dyktatorzy typu Roberta Mugabe. Cóż, towarzystwo nie wygląda więc najlepiej.

Z drugiej strony, nawet jeśli mówimy o działaniu, którego w krajach OECD od dziesięcioleci nikt nie stosuje, nie oznacza to, że rzecz jest niewyobrażalna. Prawo własności też ma swoje granice, w sytuacji gdyby w grę wchodziło rzeczywiste zagrożenie podstaw bezpieczeństwa państwa. Jedynym uzasadnieniem nacjonalizacji byłaby więc sytuacja skrajna: ekonomiczna agresja, której nie da się powstrzymać inaczej.

Istotą problemu nie jest więc to, czy we współczesnej Europie można sobie wyobrazić nacjonalizację - ale to, czemu miałaby ona służyć i w jakich warunkach byłaby dozwolona. Koszt użycia takiego narzędzia byłby gigantyczny: ogromne odszkodowania, poderwanie zaufania inwestorów do kraju i międzynarodowe zadrażnienia. Aż trudno sobie wyobrazić sytuację, w której zagrożenie rzeczywiście uzasadniałoby podjęcie takiego ryzyka. Trudno - co nie znaczy, że jest to w ogóle niewyobrażalne. Lepiej jednak sto razy się zastanowić, czy gra jest warta świeczki. Bo z ryzykiem można walczyć i innymi sposobami (choćby wsparciem dla koncepcji unijnej liberalizacji rynku energii i właściwą regulacją rynku). A już samo użycie słowa "nacjonalizacja" spowoduje, że Polska zacznie być postrzegana jako kraj, gdzie inwestorowi wszystko może się przydarzyć.