W pierwszej połowie wtorkowej sesji inwestorzy przypuścili szturm na amerykańskie akcje. Przyczyną optymizmu były lepsze od spodziewanych dane o inflacji na poziomie producentów. Inwestorzy jakby zapomnieli, że wolniejszy wzrost cen w gospodarce oznacza m.in. trudności z utrzymaniem dotychczasowego tempa poprawy wyników przez spółki. W pierwszej połowie dnia S&P 500 znów znalazł się w okolicy 1280 pkt. Tym samym wrócił mniej więcej do poziomu, na jakim wypadło poniedziałkowe maksimum. W tej sytuacji pojawiało się pytanie, czy sesja znów nie zakończy się rozczarowaniem dla posiadaczy akcji. W połowie notowań nic na to nie wskazywało. To tylko potwierdza, jak duże znaczenie inwestorzy przywiązują do polityki pieniężnej i jej dalszego kształtu. Trudno jednak jednoznacznie powiedzieć, że znacznie bardziej boją się kolejnej podwyżki kosztów pieniądza niż zwolnienia gospodarki. Poprzednie sesje skłaniały wręcz do przeciwnego wniosku. Zachowanie rynku w USA jest dobrym odzwierciedleniem utrzymującej się niepewności. W tej sytuacji nie dziwi trwająca na wykresie S&P 500 konsolidacja. Rozgrywa się ona na wysokości 12-miesięcznej średniej kroczącej. Od dwóch miesięcy indeks balansuje w obszarze +/- 2 proc. od niej. To przypomina sytuację sprzed dwóch lat, kiedy również przez dwa miesiące S&P 500 krążył wokół tej średniej. Po tym czasie ruszył w górę. Z drugiej strony, indeks wtedy znalazł się na poziomie 12-miesięcznej średniej po mniej więcej siedmiu miesiącach od ustanowienia szczytu, tym razem stało się to po miesiącu spadku. Z tego punktu widzenia obecna sytuacja bardziej przypomina korekty z wiosny i jesieni 2005 r. Tyle że wtedy dotarcie do tej średniej dawało w zasadzie natychmiastowy impuls do zwyżki.

Nie pozostaje więc nic innego, jak nadal czekać, co przyniesie przyszłość. Oddalenie się o więcej niż 2 proc. od 12-miesięcznej średniej (przekroczenie 1285 pkt) pozwalałoby myśleć o zbliżeniu się do tegorocznego szczytu.