Reklama

Smakosze ryzyka

Poprawianie bieżących wyników sprzedaży i zwiększanie akcji kredytowej przez agresywną promocję i pożyczanie klientom walut obcych to zagrywka tyleż błyskotliwa, co ryzykowna

Publikacja: 18.08.2006 08:44

Stopy procentowe banków centralnych świata idą w górę, a o początku nowego trendu można było mówić już w ubiegłym roku. Polaków mogłoby to guzik obchodzić, gdyby nie fakt, że część z nich pała specyficzną miłością do obcych walut. Specyfika miłości polega na tym, że - w przeciwieństwie do czasów peerelu - np. szwajcarskiego franka kocha się nie za siłę, lecz za słabość. Słabość względem złotego. Umacnianie złotego w ostatnich latach zwiększyło grono miłośników franka. Jak wynika z analizy informacji mediów, niektórzy wierzą wręcz w to, że tak będzie już po wsze czasy. Wierzą tym samym w wieczność rzekomego finansowego perpetuum mobile - korzystnych pod względem kursowym, a jednocześnie nominalnie nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych walutowych (w tym - we frankach). Trudno się w sumie dziwić zachwytom mniej zorientowanych klientów banków - nie dość, że nominalne oprocentowanie i raty zdecydowanie niższe niż w kredytach złotowych. A i "papierowa" zdolność kredytowa wyższa?

Problem w tym, że w finansach cudów nie ma, a rozanieleni własnym geniuszem klienci muszą ponosić jakiś dodatkowy, choć "uśpiony" koszt. Kosztem tym jest brane na klatę - razem z tzw. tanim kredytem - ryzyko kursowe. Można przypuszczać, że o tym koszcie wielu choćby "frankofili" nie ma lub nie chce mieć bladego pojęcia. A w miłości do kredytów walutowych umacniają ich niektórzy prominentni politycy, nazywając kredyty we frankach "najtańszymi". Zarówno lobby budowlane, jak i owi politycy, tudzież niezorientowawani w sytuacji klienci, wymachują groźnie palcami w stronę nadzoru bankowego, który nie tylko ośmielił się zauważyć, że takie uproszczone widzenie świata jest niebezpieczne i dla klientów, i dla systemu finansowego, ale jeszcze podtrzymuje konsekwentnie ten pogląd. Emocje podgrzewane są w sztuczny sposób - że nadzór bankowy podlega wszak także krytyce z zupełnie innych, ale równie niemerytorycznych, powodów więc jest stosunkowo łatwym celem populistycznej nagonki.

Efektem szumu medialnego i kolejnej fali ogłupiania przez polityków jest to, że - może nawet wbrew własnym wyobrażeniom - Polacy aspirują do miana narodu ryzykantów. I, mimo ostrzeżeń, część naszych obywateli obstawia całkiem ostro w grze kredytowo-walutowej, opartej w istocie na śmiałym, spekulacyjnym założeniu jednokierunkowego charakteru trendu na rynku notowań złotego względem walut obcych. Ślepa wiara w jednokierunkowość zmian na każdym rynku - także walutowym - może drogo kosztować. Spekulacja, jak to spekulacja, może zakończyć się zarówno kiepsko (jeśli, wbrew nadziejom walutowych kredytobiorców, złoty "przekręci" się na dłużej), jak i przynieść wymierne korzyści.

Oczywiście, wszystko jest dla ludzi. Także kredyty walutowe. Pod warunkiem, że zdają sobie sprawę z tego, co właściwie robią. A zaciągając kredyty walutowe, biorą na siebie ryzyko kursowe i decydują się na ekspozycję na owo ryzyko w sposób porównywalny do tego, jaki stosują wytrawni spekulanci walutowi, którzy sprzedają krótko franka czy euro. I ci, i ci, zajmując pozycję "obstawiają" spadek kursu pożyczanej (sprzedawanej krótko) waluty. Jeśli jednak gracze giełdowi mają szanse na transakcje zabezpieczające, to przeciętny klient banku o możliwościach takich pewnie nawet nie wie (poza prymitywnym hedgem w postaci kupowania walut, które pożyczył, co pewnie w większości wypadków nie wchodzi w grę). Zakładam, że większość klientów może - lepiej lub gorzej - zdawać sobie sprawę z faktu, że bezpieczeństwo najważniejszych życiowych inwestycji (kupno mieszkania czy domu) zależy od kursu złotego względem wybranej przez nich waluty. Śmiem twierdzić jednak, że - nawet jeśli tak jest - to i tak triumfuje ślepa, a może po prostu rozpaczliwa wiara w nominalnie niskie stopy procentowe kredytów walutowych i wieczne umacnianie złotego. Wiara rozpaczliwa, bo dla części osób raty od kredytów złotowych są po prostu barierą nie do przejścia, co zamyka drogę do realizacji marzeń o własnym mieszkaniu. Stąd kredyty walutowe to nie tyle wybór, ale jedyna dostępna opcja.

Dziwić się można także samym bankom. Poprawianie bieżących wyników sprzedaży i zwiększanie akcji kredytowej przez agresywną promocję i pożyczanie klientom walut obcych to zagrywka tyleż błyskotliwa, co ryzykowna. Przecież zrzucanie ryzyka kursowego na często nie dońca rozumiejącego powagę swej decyzji klienta nie jest żadną gwarancją, że klient ów będzie spłacał kredyt regularnie, gdy dojdzie np. do naprawdę istotnego i trwalszego osłabienia złotego względem pożyczonej waluty. W efekcie - z pozoru "sprzedane" ryzyko kursowe może uderzyć w bank rykoszetem. Bo przecież to nie tylko problem wzrostu wysokości samej raty, ale - o czym jakoś dziwnie cicho - problem potencjalnego spadku wartości zabezpieczenia owego kredytu (wartość kredytu w złotych wzrosłaby, a realna wartość nieruchomości obciążonej hipoteką mogłaby nawet spaść).

Reklama
Reklama

Lobby walutowe argumentuje, że bez kredytów we frankach budowlance grozi ostre hamowanie. I, oczywiście, ma dużo racji. Ale nie wolno zapominać, że - z drugiej strony - zmiana parametrów kursowych i dalszy wzrost stóp procentowych mogą się przełożyć na ewentualne kłopoty części klientów z obsługą zadłużenia walutowego. To również wpłynęłoby na hamowanie popytu na rynku nieruchomości i spadki cen (i wycen!). A to mogłoby przecież prowadzić nawet do postawienia pod znakiem zapytania losów niektórych inwestycji. A wtedy nawet bazowy (czyli ten sprzed ewentualnego osłabienia waluty krajowej) poziom zabezpieczenia może się okazać cokolwiek iluzoryczny. W tej sytuacji nie można się dziwić, że już kilka miesięcy temu nadzór bankowy grzmiał, że "nie może bezkrytycznie tolerować sytuacji, w której presja właścicieli i władz niektórych banków na maksymalizowanie krótkoterminowych zysków i dywidend oraz udziału w rynku, rodzić będzie średnio- bądź długoterminowe zagrożenie dla tych banków, jak i stabilności całego sektora bankowego".

Nadzór bankowy nie jest do kochania. A jego obowiązkiem jest ochrona i klientów, i systemu bankowego przed kosztownym doświadczaniem gorzkiego smaku ryzyka.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama