Reklama

Dwa oblicza sentymentu

Nadmierny i niespotykany od 2003 roku pesymizm inwestorów pozwoli groźnie rozchwianym amerykańskim rynkom akcji "kupić sobie trochę czasu"

Publikacja: 21.08.2006 10:11

Kolejny tydzień WIG20 kręcił się w pobliżu 3000 pkt, ale tym razem część inwestorów mogła być tym faktem nieco zirytowana, gdy patrzyła na systematyczny wzrost amerykańskich indeksów. Wszystkie sesje w tym tygodniu zakończyły się w Stanach na plusach - Dow Jones zyskał 2,6 proc., S&P500 2,8 proc. Oba indeksy są na poziomach najwyższych od początku maja. Z kolei Nasdaq zyskał aż 5,2 proc. i jest to największy wzrost od ponad czterech lat. Na polskim parkiecie od początku sierpniowej wyprzedaży indeksy nie mogą znaleźć kierunku, a korelacja z amerykańskimi indeksami jest jedynie na otwarciu notowań. Na powody takiego zachowania GPW oraz pozostałych emerging markets wpływa dziesiątki powodów, których wszystkich nie sposób tutaj wymienić. Zostawmy więc na chwilę dane makro, czy choćby analizę międzyrynkową. Spójrzmy na zachowanie rynku amerykańskiego i polskiego pod kątem nastrojów inwestorów.

Na GPW neutralnie

Oczywiście wszyscy od razu myślą o Wigometrze. Nawet bym o nim nie wspomniał, gdyż wielokrotnie już pisałem, że forma tej ankiety (prognozowanie zmian indeksu na konkretny dzień w krótkim okresie czasu) bardzo ogranicza możliwość wyciągania wiarygodnych wniosków w dłuższym terminie. Przy czym należy jeszcze pamiętać, by uwzględniać tylko skrajne wartości, lub gwałtowne zmiany. Ale właśnie fakt rekordowego odsetka pesymistów w tym tygodniu zmusza choćby do wzmianki o tym wskaźniku. Spadku oczekuje aż 71 proc. badanych. a wartość Wigometru wynosi minus 59 pkt.

W nieco dłuższym terminie kontrarianie nie mają już takiego paliwa pod wzrosty. Tutaj patrzę często na saldo prognozy oraz saldo oceny popytu na akcje, które podaje Pentor podczas comiesięcznego sondażu przeprowadzanego wśród blisko 200 placówek bankowych (Pengab). Sierpniowy sondaż przeprowadzony był pomiędzy 3 a 8 sierpnia, czyli już po wyprzedaży. I choć to odległy termin od dzisiejszej daty, to warto na chwilę do niego wrócić, tym bardziej, że ostatnie wydarzenia na rynkach finansowych nie przyniosły żadnych dynamicznych zmian.

Wyniki przeprowadzonej ankiety interpretować należy podobnie jak Wigometr. Im niższe prognozy i oceny, tym wzrosty na GPW są bardziej prawdopodobne. Skuteczność tego (anty) wskaźnika jest dość wysoka, co wielokrotnie tutaj już pokazywałem, a o czym raz jeszcze mogliśmy się przekonać choćby w czerwcu, gdy saldo prognozy spadło do 20 pkt (najniżej od listopada 2005 r.), a saldo oceny z 31 do -9 pkt (!). Tak wyraźne pogorszenie nastrojów samo w sobie wymusiło odreagowanie. W sierpniu saldo prognozy wynosi 31 pkt, a saldo oceny 20 pkt To wartości neutralne i dające największe szanse na konsolidację, która zresztą trwa już dwa tygodnie. Średnia z ostatnich 24 miesięcy dla tych wskaźników to odpowiednio 30,9 pkt i 23,4 pkt. Czyli męczymy się dalej.

Reklama
Reklama

Optymistyczny pesymizm

W Stanach sytuacja prezentuje się zupełnie inaczej i to jest też jednym z powodów, dla którego amerykańskie indeksy - pomimo fatalnych wiadomości spływających na rynek - mogły w ostatnich tygodniach zachowywać się znacznie lepiej od rynków wschodzących. W ankiecie Investors Intelligence liczba byków w ostatnim tygodniu miała wartość 40,9 proc. podczas gdy liczba niedźwiedzi 36,6 proc. Historycznie patrząc, są to bardzo pesymistyczne wartości wskaźnika. Amerykańscy inwestorzy znani są z optymistycznego nastawienia do rynku akcji i wystarczy powiedzieć, że obecnie notowana liczba niedźwiedzi ostatni raz tak wysoką wartość osiągnęła na początku 2003 roku. Liczba byków dno wprawdzie zanotowała 21 czerwca tego roku na poziomie 35,6 pkt (pierwsze i jedyne od prawie 4 lat zrównanie liczby byków i niedźwiedzi!), ale wciąż mimo sporego odreagowania indeksów dalej utrzymuje się blisko najniższych poziomów (analogicznych jedynie do początku 2003 r. i wakacji 2004 r.). Fatalne nastroje, choć tym razem już nie samych inwestorów giełdowych, potwierdzają też indeksy nastroju, jak choćby opublikowany w ostatni piątek indeks Uniwersytetu Michigan, który mocno rozczarował. Zamiast oczekiwanego niewielkiego spadku z 84,7 do 83,8 pkt w sierpniu (średnia wartość indeksu od roku 1978 wynosi 88,1 pkt) było jedynie 78,7 pkt (najniższa prognoza ankietowanych 53 banków zakładała 80 pkt). Konsumenci panicznie przestraszyli się inflacji i oczekiwania inflacyjne gwałtownie wzrosły. Jeszcze miesiąc temu w następnych 12 miesiącach oczekiwano inflacji na poziomie 3,2 proc. a teraz już 4,2 proc. Nie zmieni to polityki Fed, co potwierdziła już piątkowa reakcja rynku obligacji (rentowność 10-latek spadła na nowe dołki 4,835 proc.), ale dobrze obrazuje to nastroje w Stanach. Inwestorzy na rynku akcji mają podobne obawy.

Gdyby opierać się tylko na opisanych wyżej wskaźnikach sentymentu i pominąć sferę makro, to wniosek jaki płynie z takiego odczytu sentymentu jest dla amerykańskich akcji optymistyczny. Tylko jak pogodzić to wszystko z coraz wyraźniejszym spowolnieniem gospodarki już nie tylko amerykańskiej, ale i światowej? Parafrazując Stephena Roach?a (patrz tekst obok) - ten nadmierny i niespotykany od 2003 r. pesymizm inwestorów pozwoli groźnie rozchwianym amerykańskim rynkom akcji kupić sobie trochę czasu, zanim efekty powrotu do normalnej polityki monetarnej przez banki centralne zakończą wspieranie spekulacyjnych baniek.

Banki centralne przyspieszyły zegar

W ostatnim tygodniu Stephen Roach,

ekonomista banku Morgan Stanley,

Reklama
Reklama

opublikował w FT artykuł "Not Much Fizz Left in the Global Economy". Tekst można

podsumować jako wyznaczenie szczytu

czteroletniego, największego od początku lat 70-tych, światowego boomu

gospodarczego. Argumentów wszystkich

wymienić nie sposób, choć jak powszechnie wiadomo lawinę spowolnienia uruchamia zawsze amerykański konsument, a pustkę

po jego wydatkach w światowej gospodarce na obecnym etapie nie zapełni ani Europa, ani przegrzane Chiny, czy za mała Japonia lub

Reklama
Reklama

Indie. Przez lata wszyscy powtarzali, że

"globalny boom wspierała nadmierna

płynność rynków finansowych, która była konsekwencją działań antydeflacyjnych,

podejmowanych przez największe banki centralne". Roach przypomina, że ten boom miał też drugą stronę medalu - globalną nierównowagę o bezprecedensowej skali. "Nadmierna płynność pozwoliła temu groźnie zachwianemu światu kupić trochę czasu. Kiedy banki centralne powróciły do normalnej polityki monetarnej, ten czas zaczął się kończyć".

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama