Skromna liczba publikowanych w tygodniu danych makroekonomicznych w Stanach Zjednoczonych pozwalała przypuszczać, że ten tydzień giełdowy będzie dość nudny. Pierwsze dwie sesje potwierdzają takie domysły. Inwestorzy w dalszym ciągu poszukują impulsów, które pchnęłyby rynki bardziej zdecydowanie w którąś stronź. Na wykresach też próżno szukać wyraźnych wskazówek co do przyszłej koniunktury. Dzięki zwyżce z ostatnich czterech tygodni, która w przypadku S&P 500 wyniosła niecałe 5 proc., powstała szansa na dotarcie do majowego szczytu, ale w związku z tym, że jest on już blisko, to sama perspektywa dotarcia do niego nie jest nadmiernie zachęcająca do kupna akcji. Co innego, jeśli tę górkę udałoby się przebić, ale na potwierdzenie takich oczekiwań brakuje argumentów. Kluczowym jest dominacja ponadtrzyletniego trendu wzrostowego i fakt, że nie pojawiły się ewidentne sygnały jego zakończenia. Formowaniu czerwcowego minimum towarzyszyły raczej symptomy charakterystyczne dla poprzednich korekt w trendzie rosnącym. Jednocześnie jednak groźba spowolnienia gospodarki USA, która wywołała silną wyprzedaż wiosną tego roku, zaczyna się potwierdzać w rzeczywistości. Pojawia się więc pytanie, czy skoro w obliczu tego zagrożenia inwestorzy uznali ceny akcji powyżej 1300 pkt dla S&P 500 za wygórowane, to teraz, gdy przybiera ono realny kształt, będą skłonni kupować po takich kursach. Byłoby to niezbyt racjonalne. Wskazywałoby, że inwestorzy są przekonani, że zadyszka gospodarki będzie bardzo krótkotrwała. Takie założenie wydaje się ryzykowne, gdyż dopiero teraz zaczynają być odczuwane skutki podwyżek stóp procentowych, a sam brak kolejnych podwyżek na gospodarkę stymulująco nie podziała. O podobnych rozterkach można mówić w odniesieniu do innych rynków. Mimo spadającej wyraźnie rentowności obligacji w USA (w przypadku 10-latek o 0,4 pkt proc. od początku lipca) emerging markets wypadają w tym miesiącu słabiej od rynków dojrzałych.