Podobno mamy boom na rynku mieszkaniowym. Ale co to za boom, gdy mamy do czynienia ze wzrostem cen, a nie podaży produktu. Gdyby np. taki popyt był na komputery, mielibyśmy od razu na granicach kolejki tirów wypakowane nowymi pecetami. A w przypadku mieszkań - głównie wyższe ceny.
Oczywiście, na takiej zabawie wszyscy korzystają. Samorządy - bo mogą sprzedawać drożej grunty. Deweloperzy, bo uzyskują gigantyczną stopę zwrotu. W końcu wystarczy wstrzymać się pół roku ze sprzedażą mieszkania i już się ma lepszą cenę - i to czasem o kilkanaście procent. Z tzw. boomu zadowoleni są notariusze, którzy biorą procent od wartości nieruchomości za podpis i parę pieczątek. Im wyższe ceny, tym więcej zarabiają na sprzedaży tuszu do pieczątek. No i do tego jeszcze agencje nieruchomości. Każde kupione za ich pośrednictwem mieszkanie oznacza dla nich 6 proc. zysku. Tę kwotę faktycznie płaci nabywca, bo sprzedający po prostu sobie tę część prowizji doliczy do ceny.
To bardzo dobry interes, nic dziwnego, że agenci starają się, jak mogą, aby za dużej konkurencji nie mieć. W końcu notariusze są w stanie tak regulować napływ nowych prawników, żeby broń Boże nie spadły ceny. Agenci biorą z nich przykład. Najpierw szkolenie i praktyka w biurze nieruchomości (zupełnie jak w kancelarii prawnej) i egzamin. Teraz już dyplom, i to określonego kierunku. Zapewne za jakiś czas będzie egzamin stricte korporacyjny, gdzie faktycznie będą się liczyły punkty za pochodzenie, jak na prawie. I dzięki temu boom będzie trwał długo - mało mieszkań, wysokie ceny i coraz bardziej pazerni pośrednicy.