Brak pracy i żenująco niskie płace dosłownie wyganiają z Polski kolejne setki tysięcy ludzi. I to w dużej mierze młodych, z których - jak wieść niesie - co drugi rozważa emigrację. Mimo katastrofy bezrobocia przedsiębiorcy twierdzą, że mają kłopoty ze znalezieniem odpowiednich pracowników, a zwłaszcza tzw. fachowców. Nie dość, że wiele osób wyjechało za czymś więcej niż chleb, to - przez żenująco niskie płace oferowane w Polsce - wielu ludzi najzwyczajniej? nie stać na to, by pracować.
Przykład. Żeby pracować w dużym mieście (co jest o wiele bardziej prawdopodobne niż zdobycie pracy poza głównymi aglomeracjami), trzeba zapłacić za dojazdy lub wynajęcie jakiegoś lokum. Tymczasem stawki za wynajęcie mieszkania w dużym mieście okazują się, w przypadku wielu potencjalnych przyjezdnych, porównywalne lub wręcz wyższe od oferowanych płac. Zwłaszcza dla młodych ludzi to bariera nie do pokonania. Części z nich nie stać na to, żeby pracować. Efektem tego paradoksu jest albo wyjazd, albo rezygnacja z prób zdobycia zatrudnienia i społeczna degradacja. Wynikiem dodatkowym owego "algorytmu" jest pogłębianie problemu braku dobrych fachowców. Ci, którzy nimi są, dają drapaka na Zachód. Natomiast ci, którzy teoretycznie mogliby się owymi fachowcami stać, w kraju mogą nie mieć na to szansy.
Fachowców więc brakuje. I to mimo że przecież od lat rośnie wydajność polskich pracowników. Tyle że tajemnicą poliszynela jest to, że ów cud wzrostu efektywności w Polsce polega w wielu przypadkach nie tyle na jakiejś fenomenalnej poprawie sposobu zarządzania w firmach, ile na rozwiązaniach "siłowych". Bo w części przypadków owo "zarządzanie" przybiera formę równie tępą i siermiężną, jak sposób kierowania czerwonoarmistami przez Stalina.
Oficjalnie rejestrowany wzrost wydajności polega przecież w wielu przypadkach na oficjalnie nierejestrowanym i przemilczanym prostackim zamordyzmie. Na "tyraniu" od świtu do nocy, na akceptowaniu nieakceptowanych w cywilizowanym świecie warunków pracy, na znacznym wydłużaniu godzin pracy. Wiele można znieść, jeśli praca jest przyzwoicie wynagradzana. Ale w wielu przypadkach tak oczywiście nie jest. Tymczasem otwieranie unijnych rynków pracy dla Polaków zmieniło pryzmat, przez jaki patrzy się na pracę.
Dotychczas w wielu wypadkach przedsiębiorcy w kraju udawali, że płacą. Bo tylko tak można najłagodniej określić oferowanie komuś płacy np. na poziomie ustawowego minimum. Udawali, że płacą i - co więcej - udawało im się udawać. Ale otwarcie granic i możliwość wyjazdu zarobkowego z Polski sprawiają, że taktyka udawania, że się płaci, powoli traci rację bytu. Stąd opowieści o tym, że nie można znaleźć fachowców, brzmią nieco fałszywie. Bo czy aby nie jest tak, że to nie fachowców się szuka, lecz frajerów, gotowych do pracy za nędzne grosze? Więc zamiast dudy smalone bredzić o braku fachowców, trzeba do skutku przypominać o tym, co obiektywnie przeszkadza firmom, by więcej zarabiały i mogły lepiej płacić. Przede wszystkim - o wysokich kosztach podatkowo-ubezpieczeniowych związanych z płacami.