Reklama

Peter Lynch: zawsze słucha żony

Za pierwsze 700 dolarów zarobione na noszeniu kijów golfowych kupił akcje firmy transportowej Flying Tiger. Kilka lat później, gdy wybuchła wojna w Wietnamie i wzrosło zapotrzebowanie na usługi logistyczne, papiery kosztowały już ponad 80 razy więcej

Publikacja: 15.09.2006 09:20

Tak rozpoczyna się historia Petera Lyncha, jednego z największych inwestorów w historii amerykańskiej giełdy. Genialnego analityka lub być może po prostu zwykłego szczęściarza...

Peter Lynch urodził się w 1944 roku. W roku 1955, gdy na amerykańskich giełdach trwała hossa, zaczął pracę w klubie golfowym pod Nowym Jorkiem. Nosił kije za prawdziwymi rekinami amerykańskiej finansjery. To właśnie wówczas po raz pierwszy zainteresował się giełdą. - Słyszałem, jak menedżerowie wymieniali nazwy spółek. Obserwowałem ceny akcji w gazetowych rubrykach i uznałem, że na tym można nieźle zarobić - wspominał po latach. Przyszły guru nie miał wówczas jeszcze własnych pieniędzy, ale decyzja, czym się będzie zajmował, już zapadła.

Od pucybuta...

Na pierwszych akcjach, które kupił za pieniądze odłożone z napiwków od graczy w golfa i ze szkolnego stypendium, zarobił ponad 7000 proc. Firma, której walory kupił, zajmowała się transportem lotniczym i woziła amerykański sprzęt do Wietnamu. Dziś Lynch przyznaje, że miał wówczas prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu. Niemniej jednak dzięki wojnie w Wietnamie udało mu się sfinansować studia.

Latem 1966 roku zdecydował się złożyć podanie o pracę w Fidelity Fund. Na trzy miejsca było 75 kandydatów. - Walka nie była całkiem wyrównana - tłumaczy Lynch. - Tylko ja spośród kandydatów nosiłem kije do golfa szefowi Fidelity. To było jedyne podanie o pracę, jakie Lynch napisał w życiu. Początkowo pracował jako analityk, by w 1977 roku objąć pieczę nad Fidelity Magellan Fund.

Reklama
Reklama

... do milionera

Gdy brał pod opiekę fundusz, był on wart około 20 milionów dolarów. W 1990 roku, kiedy Lynch w wieku 46 lat postanowił przejść na emeryturę, w portfelu znajdowało się już 14 miliardów dolarów. Średnia roczna stopa zwrotu wyniosła 27 proc. Każdy, kto powierzyłby na początku 1000 dolarów, po 14 latach dysponowałby 288 tysiącami. Co było sekretem Petera Lyncha i jak udało mu się osiągnąć tak imponujące wyniki? Czy ten sukces można powtórzyć również na polskim rynku?

Wielu graczy giełdowych zdaje sobie sprawę z siły, jaką mają fundusze inwestycyjne, które same mogą wpływać na kurs akcji. Szczegółem, który wyróżnia Lyncha spośród innych znanych rekinów giełdy, jest opinia, że to jednak indywidualni inwestorzy mają największe możliwości pomnażania pieniędzy. Są bardziej elastyczni i mogą lokować kapitał w niewielkie, mniej płynne spółki, którymi fundusze się nie interesują lub w które lokować nie mogą. Nie są też zniewoleni przez biurokratyczne procedury ani konieczność uzyskiwania dobrych krótkoterminowych wyników, które ładnie wyglądają w broszurkach reklamowych. Mały kapitał jest więc w pewnym sensie zaletą, a nie wadą.

Zanim Peter Lynch wybierze jakąś firmę, zawsze sprawdza ją bardzo szczegółowo. Nigdy nie lokuje pieniędzy w coś, czego nie jest w stanie zrozumieć. - Inwestuję tylko w firmy, których pomysły umiałbym narysować za pomocą kredki - odpowiadał nieraz wypytującym go o tajemnicę sukcesu dziennikarzom. Uważa, że prędzej zdecydowałby się na "producenta slipek niż satelitów komunikacyjnych".

Czy warto słuchać żony?

Znany inwestor często wybiera spółki, które kojarzy bądź które wydają mu się znajome. Dlatego też wiele decyzji inwestycyjnych zapadało nie w biurze i za poradą zespołu fachowych analityków, lecz na przykład w supermarkecie, a najlepszym doradcą inwestycyjnym okazywała się żona Lyncha, Carolyn. Pewnego dnia, gdy wybrali się razem na zakupy, zauważył, że szczególny entuzjazm jego żony wzbudziły rajstopy nowej marki L?Eggs, produkowane przez spółkę Hanes. Postanowił wówczas zrobić prywatną "analizę fundamentalną", dzięki której dowiedział się, że także jej koleżanki są zafascynowane nowymi rajstopami. To zaważyło o decyzji kupna akcji. - Była to największa pozycja w moim portfelu, więc bardzo się obawiałem wejścia na rynek konkurencji - opowiada dziś Lynch. Gdy na półkach pojawił się wreszcie konkurencyjny produkt, inwestor czym prędzej kupił wszystkie kolory, rozmiary i kształty rajstop wyprodukowanych przez nową firmę (razem 48 par) i zapytał żonę, czy są lepsze od wytwarzanych przez Hanesa. Jako że odpowiedź była przecząca, postanowił nie przebudowywać portfela. Na akcjach spółki Hanes Peter Lynch zarobił łącznie 900 proc., zanim jej rewolucyjny produkt zniknął z rynku.

Reklama
Reklama

Spółka spółce nierówna

Sławny menedżer uważa, że w każdej branży można znaleźć perełki, na których w dłuższym terminie da się zarobić 1000 proc. Jeśli chodzi o wielkość, preferuje raczej małe spółki, bardziej agresywne i zwykle szybciej rosnące. Lynch dzieli firmy na sześć kategorii, które dobiera do portfela zależnie od potrzeb własnych i preferencji klientów:

Wolno rosnące. To spółki, które rozwijają się jedynie odrobinę szybciej niż cała gospodarka. Z drugiej strony płacą duże, regularne dywidendy. Przedsiębiorstwa tej kategorii nie znajdują się w grupie faworytów Lyncha.

Lojalne. Duże spółki, które wciąż są zdolne rosnąć. Zarabiają od 10 do 12 procent rocznie. Przykładem z portfela znanego inwestora jest choćby Coca-Cola. Ceny akcji tych firm nie zwyżkują zbyt mocno (nie więcej niż 50 proc. rocznie), jednak zapewniają dużą stabilność i bezpieczeństwo. Lynch sugeruje żonglowanie akcjami takich firm: sprzedawanie ich po osiągnięciu rozsądnego zysku i odkupywanie, gdy znów są tańsze.

Szybko rosnące. Firmy zarabiające 20-25 proc. rocznie. Nie muszą reprezentować silnie rozwijających się obszarów gospodarki. Znany menedżer szczególnie za takimi spółkami nie przepada, ponieważ zwykle są bardzo przewartościowane. Ta część portfela przynosi największe zyski, ale wiąże się z nią też największe ryzyko.

Cykliczne. To przedsiębiorstwa, których wyniki finansowe zmieniają się zgodnie z określonymi, powtarzającymi się wzorami.

Reklama
Reklama

Odradzające się. Duże i rozwinięte firmy, które z jakichś powodów mają problemy finansowe, ale mają też szanse na szybkie podniesienie się z kolan.

Przeoczone. Firmy znajdujące się w dobrej kondycji finansowej i reprezentujące obiecujące działy gospodarki, jednak z jakichś powodów przeoczone przez analityków i media. Lynch uważa, że odnalezienie ich pochłania wiele cennego czasu, który można by spożytkować lepiej.

Peter Lynch zawsze dokładnie analizuje plany rozwoju firmy, ale nie jej historię. Szuka akcji oferowanych po rozsądnych cenach. To bardzo istotne kryterium, ponieważ nawet jeśli spółka zrealizuje swoje zamierzenia, ale papiery kupione były bardzo drogo, z oczekiwanego zarobku może nic nie wyjść.

Wybierając spółki do portfela, warto przyjrzeć się wielu wskaźnikom. Jeden z ważniejszych to roczne zyski. W silnej firmie powinny zachowywać stabilność. Nie może być znacznych wahań powodujących spadek cen akcji. Wyniki powinny być rosnące, jednak, zdaniem Lyncha, nie nazbyt gwałtownie. Jest mało prawdopodobne, by bardzo szybki wzrost był utrzymany, a może być już uwzględniony w cenie.

Zyski przede wszystkim

Reklama
Reklama

Peter Lynch największą wagę przywiązuje do zysków firmy, a także wskaźnika C/Z (cena do zysku na akcję). Logiczne jest, że spółki z lepszą historią finansową i ambitniejszymi planami będą mieć wyższe wartości wskaźnika. Czujny inwestor powinien potrafić wychwycić odstępstwa od tej reguły. Warto także przestudiować historię firmy i oszacować przeciętną wartość C/Z. To pomoże ocenić, czy spółka jest niedowartościowana, czy też przewartościowana. Wskaźnik ten powinien być również na poziomie odpowiednim dla danej branży. Jeśli jest niższy, warto się zastanowić dlaczego. Czy przedsiębiorstwo ma problemy, czy może po prostu rynek o nim zapomniał? Lynch porównuje często C/Z do tempa rozwoju firmy. Szacuje, że przeciętnie na każdy jeden procent rocznego wzrostu zysków firmy C/Z również powinien wzrastać o 1 (np. 15-procentowa dynamika zysku - C/Z wynosi 15). Jeżeli stosunek C/Z do dynamiki zysków jest mniejszy niż 0,5, spółka jest atrakcyjna, jeśli jest większy niż 2, firma jest mocno przewartościowana i należy wycofać się z inwestycji. Tak obliczany wskaźnik jest całkiem popularny na Zachodzie i nosi nazwę PEG (Projected Earnings Growth).

Analizując wyniki firm, rozsądny inwestor powinien zwracać uwagę także na inne pozycje. Bardzo istotny jest poziom zadłużenia. Według Lyncha, w idealnej sytuacji poziom kapitałów własnych do zaciągniętych kredytów powinien się mieć jak 3 do 1. Warto także obserwować poziom zapasów. Ich wzrost jest pierwszym sygnałem, że w firmie zaczyna się dziać coś niedobrego, a na towary brakuje popytu. W czasie recesji warto zwracać uwagę na spółki z długą historią wypłaty dywidendy, bo stwarza to szansę na zarobek w czasie, gdy przez rynek przelewa się fala bessy.

Według Lyncha, mądry gracz giełdowy powinien trzymać się z daleka od popularnych firm o błyszczącym logo i chwytliwych nazwach. Wręcz przeciwnie, im nudniejsza działalność, głupsza nazwa i bardziej odrzucający produkt, tym spółką bardziej warto się zainteresować. Jest szansa, że negatywna aura wpłynie na cenę akcji i uda się kupić dochodowe przedsiębiorstwo po niskiej cenie. Przykłady z portfela guru to Waste Management (firma zajmuje się usuwaniem odpadów toksycznych) i Service Corporation International (przedsiębiorstwo pogrzebowe).

Peter Lynch wymienia także jeszcze kilka innych cech, które powinna mieć dobra firma. To chociażby pojawiające się informacje o insiderach kupujących jej akcje. Godne uwagi są także szybko rosnące przedsiębiorstwa znajdujące się na rynku, który dotknęła stagnacja, oraz spółki kontrolujące nisze rynkowe. Pozytywnym czynnikiem jest brak instytucji finansowych w akcjonariacie i związane z tym małe zainteresowanie analityków. To zwiększa szanse na niedowartościowanie walorów i spekulacyjny wzrost. Znany menedżer uważnie śledzi także wszelkie buy backi (skup akcji w celu umorzenia). Nie tylko oznaczają one potencjalny wzrost cen ze względu na zwiększony popyt, ale także dają sygnał, że cena akcji jest raczej niska, skoro zarząd zdecydował się na skup.

Istnieje także lista spółek, od których Lynch w miarę możliwości stara się trzymać z daleka. Na pierwszym miejscu znajdują się "rozgrzane akcje z rozgrzanej branży". Mowa tu o najbardziej obiecujących spółkach z perspektywicznych sektorów. Ceny akcji będą tu z pewnością za wysokie. Menedżer unika także małych firm, z wielkimi planami, których na razie nie udaje się zrealizować. Raczej negatywnie oceniane są zyskowne firmy dywersyfikujące produkcję oraz przedsiębiorstwa, w których jeden odbiorca odpowiada za ponad 25 proc. przychodów.

Reklama
Reklama

Portfel nie mniej ważny

W budowie portfela inwestycyjnego duże znaczenie odgrywa dywersyfikacja. Nie chodzi o ideę, ale o włączenie do portfela każdej firmy, na którą patrzymy przychylnym okiem. Nie istnieje żadne górne ograniczenie, jednak inwestor musi być zdolny na bieżąco śledzić sytuację swoich firm. Sam Lynch posiadał średnio 1400 różnych papierów.

W portfelu nad pozycjami krótkoterminowymi przeważają długoterminowe. Nie oznacza to oczywiście, że gracze giełdowi powinni trzymać akcje w nieskończoność. Lynch zaleca rewidowanie portfela co kilka miesięcy, by sprawdzić, czy spółki wypełniają zamierzenia lub czy nie wyczerpał się ich potencjał wzrostowy. Doradza sprzedaż akcji szczególnie w dwóch przypadkach: gdy plany firmy zostały zrealizowane i dalszy wzrost będzie już znacznie wolniejszy, lub gdy wydarzy się coś nieoczekiwanego, co sprawia, że spółka nie będzie się rozwijać tak, jak byśmy tego chcieli. Zamiast prostej sprzedaży akcji Lynch proponuje wymianę na inną firmę z podobnymi ambicjami, jednak lepszymi perspektywami.

Spadek cen dla Lyncha nie jest okazją do pozbycia się papierów, jak to często sugerują technicy, ale do zakupów. Należy pamiętać, że skupiamy się przede wszystkim na fundamentach i dobrych perspektywach, i o ile te nie zostały naruszone, wszystko jest w najlepszym porządku.

fot. Bloomberg

Reklama
Reklama

Również na GPW znajdują się spółki, które spełniają kryteria określone przez Petera Lyncha. Można je uporządkować wedle ustalonych przez

inwestycyjnego guru kategorii:

- Wolno rosnące: tu warto przede wszystkimi wymienić papiery defensywne, a konkretniej spółki użyteczności publicznej. Dobre przykłady to Praterm lub Kogeneracja, spółki zajmujące się dystrybucją

ciepła. Niestety, trudno na polskim rynku o firmy z długą historią dywidendową.

- Lojalne: przede wszystkim banki, a także duże spółki o ustabilizowanej marce i pozycji rynkowej,

jak Lotos lub Orlen.

- Szybko rosnące: kilka przedsiębiorstw, które mają bardzo dobrą dynamikę zysków i obiecujące

perspektywy, co znalazło, oczywiście, odzwierciedlenie w cenie, np. One-2-One, Toora, Bioton, spółki branży informatycznej.

- Cykliczne: ta kategoria to głównie przedsiębiorstwa przemysłowe. Niektóre z nich są niedowartościowane, a rynek, na którym funkcjonują, właśnie wychodzi z recesji. Przykłady to: Stalprofil (oczekiwana

poprawa koniunktury w branży stalowej) lub Relpol (cieplejszy klimat w sektorze przekaźników).

Trudno jednak powiedzieć, by produkty tych firm były proste i zrozumiałe dla każdego.

- Odradzające się: Puławy. Duża firma ze sporym potencjałem, która wkracza w nowe,

perspektywiczne obszary działalności (biopaliwa, akcesoria samochodowe).

- Przeoczone: to jedyna kategoria, której prawdopodobnie na GPW w ogóle nie ma. Można się jej

doszukiwać na amerykańskich parkietach, gdzie notowane spółki liczone są w dziesiątkach tysięcy,

ale nie w Polsce, gdzie wciąż jeszcze bardzo daleko do choćby pół tysiąca.

Mała,

mniejsza,

najmniejsza...

Wybierając spółki, Peter Lynch zdecydowanie optował za ich niewielką kapitalizacją. Jego oczkiem w głowie były tak zwane small-caps. Starając się jednak

naśladować poczynania słynnego

inwestora, warto wiedzieć, że w amerykańskiego skali pojęcie "małe spółki" nabiera zupełnie nowego wymiaru. Popularny

portal internetowy dla inwestorów zza

oceanu www.investopedia.com kataloguje

notowane na giełdzie firmy w następujący sposób:

Mega-cap - powyżej 200 mld USD;

Large-cap - od 10 do 200 mld USD;

Mid-cap - od 2 do 10 mld USD;

Small-cap - od 300 mln do 2 mld USD;

Micro-cap - od 50 do 300 mln USD;

Nano-cap - do 50 mln USD.

Biorąc pod uwagę, że kapitalizacja

przeciętnej spółki notowanej na GPW

(mediana) to około 190 mln zł, okazuje się, że nasz rynek jest pełen micro-capów.

Zgodnie z amerykańskimi standardami,

możemy się pochwalić również

dziesięcioma średnimi spółkami i czterema dużymi (BACA, MOL, Pekao, PKO BP).

CV ? Peter Lynch

Urodzony w 1944 roku

w Stanach Zjednoczonych. Pracował jako analityk, a później zarządzający w Fidelity Magellan Fund. Gdy w wieku 46 lat odchodził na emeryturę, zgromadził w funduszu aktywa warte 14 miliardów dolarów.

Zatrudniony: Wicedyrektor Fidelity Fund

Największy sukces: W latach 1978-1990 zwiększył aktywa

funduszu, którym zarządzał, z 20 milionów do 14 miliardów dolarów.

Największa porażka/wada: Zawiódł wielu udziałowców, odchodząc na emeryturę w wieku zaledwie 46 lat.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama