Tak rozpoczyna się historia Petera Lyncha, jednego z największych inwestorów w historii amerykańskiej giełdy. Genialnego analityka lub być może po prostu zwykłego szczęściarza...
Peter Lynch urodził się w 1944 roku. W roku 1955, gdy na amerykańskich giełdach trwała hossa, zaczął pracę w klubie golfowym pod Nowym Jorkiem. Nosił kije za prawdziwymi rekinami amerykańskiej finansjery. To właśnie wówczas po raz pierwszy zainteresował się giełdą. - Słyszałem, jak menedżerowie wymieniali nazwy spółek. Obserwowałem ceny akcji w gazetowych rubrykach i uznałem, że na tym można nieźle zarobić - wspominał po latach. Przyszły guru nie miał wówczas jeszcze własnych pieniędzy, ale decyzja, czym się będzie zajmował, już zapadła.
Od pucybuta...
Na pierwszych akcjach, które kupił za pieniądze odłożone z napiwków od graczy w golfa i ze szkolnego stypendium, zarobił ponad 7000 proc. Firma, której walory kupił, zajmowała się transportem lotniczym i woziła amerykański sprzęt do Wietnamu. Dziś Lynch przyznaje, że miał wówczas prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu. Niemniej jednak dzięki wojnie w Wietnamie udało mu się sfinansować studia.
Latem 1966 roku zdecydował się złożyć podanie o pracę w Fidelity Fund. Na trzy miejsca było 75 kandydatów. - Walka nie była całkiem wyrównana - tłumaczy Lynch. - Tylko ja spośród kandydatów nosiłem kije do golfa szefowi Fidelity. To było jedyne podanie o pracę, jakie Lynch napisał w życiu. Początkowo pracował jako analityk, by w 1977 roku objąć pieczę nad Fidelity Magellan Fund.