Zyta Gilowska ogłosi w sobotę, że wraca do rządu. Jestem więcej niż pewien, że taka będzie jej odpowiedź. Dlaczego? Jest całe mnóstwo powodów.
Po pierwsze dlatego, że premierowi się nie odmawia. Zasada ta dotyczyła co prawda zupełnie innego szefa rządu, ale jeśli nie odmawia się takiemu premierowi jak Waldemar Pawlak, to tym bardziej nie odmawia się takiemu jak Jarosław Kaczyński.
Po drugie, gdyby powiedziała "nie" - co jest według mnie tylko teoretycznym wariantem - postawiłaby w bardzo niezręcznej sytuacji premiera. Sam słyszałem w telewizji kilka dni temu, jak Jarosław Kaczyński, pytany o powrót byłej wicepremier do rządu, wyraźnie powiedział "podjąłem decyzję". Dodam jeszcze, że odmowa w podobnej sytuacji naraziłaby ją zapewne na spore nieprzyjemności (patrz: przypadek Huberta K.). Zytę Gilowską można by oskarżyć np. o szkalowanie dobrego imienia szefa rządu.
Po trzecie, była wicepremier miała okazję przez ostatnie dni - co zapowiedział rzecznik rządu - zapoznawać się z "dokumentami dotyczącymi finansów państwa". Nie sądzę, żeby takie papiery były powszechnie dostępne i aby mógł się z nimi w podobnym trybie zapoznawać zwykły obywatel. Lepiej więc, żeby ktoś, kto poznał już treść tych dokumentów, szczególnie jeśli jest osobą "nad wyraz wiele mówiącą - żeby nie powiedzieć - gadatliwą", związany był jakąś tajemnicą, np. służbową.
Po czwarte, podejmując decyzję na "tak", była wicepremier udowodni, że nie należy do łże-elit i nie jest "wykształciuchem". Jak powszechnie wiadomo (bo wyjaśniał to niedawno wicepremier Dorn), "wykształciuch" to osoba, która ma formalne wykształcenie, czyli tzw. papierek, ale nie jest w stanie pochwalić się niczym więcej. A Zyta Gilowska nie tylko ma papierek - i to profesorski - ale chce i może się także pochwalić czymś więcej. Czym? Ano pracą na rzecz Polski na odpowiedzialnym rządowym stanowisku. Oczywiście.