Biorąc pod uwagę niewielką skalę wczorajszej przeceny na węgierskiej giełdzie można uznać, że tamtejszy inwestorzy ze spokojem przyjęli kryzys polityczny w Budapeszcie. Spojrzenie na sytuację w dłuższej perspektywie nie pozwala już jednak na optymizm. Zachowanie indeksu BUX od miesięcy odzwierciedla problemy gospodarcze, z jakimi borykają się Węgry (przede wszystkim wymykający się spod kontroli deficyt budżetowy). Już praktycznie od początku września roczna stopa zwrotu z indeksu jest ujemna. Coś takiego nie zdarzyło się od połowy 2003 r. Z kolei sytuacja w perspektywie ostatnich kilku miesięcy pozostaje neutralna. BUX - podobnie jak indeksy innych rynków wschodzących - nie może wyrwać się z przedłużającej się konsolidacji.
Zastanawiające jest, że podczas gdy emerging markets tkwią w marazmie, to bardzo mocno zachowuje się amerykański indeks S&P 500. Znajduje się on o krok od majowego szczytu (1326 pkt). Jak wytłumaczyć ten fakt, skoro amerykańska gospodarka przeżywa właśnie okres spowolnienia? Mocne zachowanie rynku sugeruje być może, że inwestorzy liczą na "miękkie lądowanie". Można uznać, że osłabienie tempa wzrostu gospodarczego zostało z nawiązką zdyskontowane w maju i czerwcu. Scenariusz ten potwierdzałaby też silna zwyżka Nasdaqa Composite. Co prawda - w przeciwieństwie do S&P 500 - nie zdołał on jeszcze zbliżyć się do majowego szczytu (2371 pkt), ale zachowuje się w ostatnich tygodniach mocniej niż ten indeks. Rośnie siła relatywna względem S&P 500, czyli barometr obrazujący koniunkturę na całym amerykańskim rynku.
Wytłumaczenie poprawy nastrojów na giełdach za oceanem dyskontowaniem "miękkiego lądowania" gospodarki jest jednak dość ryzykowne. Na myśl przychodzi ostatni etap hossy w 2000 r. Wówczas wyrazem ostatniej próby ratowania sytuacji przez byki był wzrost rocznej stopy zwrotu z S&P 500 z zera do ponad 15 proc. To praktycznie identyczna sytuacja jak ta obecna, tyle że na razie roczna stopa zwrotu sięgnęła dopiero 10 proc.