Reklama

Czeka nas kolejny rok bez reformy wydatków

Rada Ministrów przyjęła projekt budżetu na 2007 r. Niezależnie od losów Sejmu i rządu jest już zatem przesądzone, że w przyszłym roku państwo będzie wydawać ponad stan

Publikacja: 28.09.2006 07:25

Rząd wykonał swój obowiązek - oznajmiła wczoraj po południu wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska, prezentując projekt budżetu. Jeszcze wczoraj rano nie było pewne, czy Rada Ministrów w ogóle się zbierze. Po doniesieniach o próbach skorumpowania posłanki Samoobrony przez PiS opozycja domagała się obecności premiera w parlamencie i zwołania dodatkowego posiedzenia Sejmu. Do tego jednak nie doszło i rząd zajął się budżetem.

Wszystko w jednym worku

Pozornym zaskoczeniem jest nowy poziom dochodów i wydatków państwa - odpowiednio 226,83 i 256,83 mld zł. Obie sumy wzrosły w stosunku do wcześniejszych planów o 14,68 mld zł. Ostatnio rząd wpisał bowiem do budżetu dużą część środków z Unii Europejskiej oraz wydatków na inwestycje unijne. Z. Gilowska nazwała to "pionierskim zabiegiem". Łącznie w budżecie znalazło się 24,5 mld zł z Unii. Pozostałe 14 mld zł zaksięgowano "pod kreską", w kategorii przychodów i rozchodów. Dużo wyższa niż przed rokiem jest rezerwa celowa budżetu - 21,5 mld zł, w porównaniu z 14,8 mld zł. To efekt "rozdmuchania" rezerwy na finansowanie projektów unijnych do 12,9 mld zł. - Po pieniądze te ministerstwa będą sięgać wówczas, gdy skończą się środki przeznaczone dla nich na realizowanie projektów - tłumaczyła Grażyna Gęsicka, szefowa resortu rozwoju regionalnego.

Kotwica 30 mld zł zachowana

Deficyt budżetu nie zmienił się podczas negocjacji międzyresortowych i wciąż wynosi 30 mld zł. Potrzeby pożyczkowe państwa oszacowano na 46,2 mld zł (poziom zbliżony do ubiegłorocznego). Ujawniony projekt pokazuje, że - zgodnie z postulatami LPR - w ostatnich dniach zwiększono wydatki na oświatę o 1 mld zł. Przy okazji powstał nowy dział budżetu - "edukacyjna opieka wychowawcza". W zamian Z. Gilowska uzyskała zgodę LPR na likwidację "becikowego" (wypłata 1000 zł rodzicom narodzonego dziecka) i przekazanie pieniędzy zarezerwowanych na ten cel do planowanego Funduszu Alimentacyjnego. Rząd zdecydował się także na coroczną waloryzację rent i emerytur o 4,2 proc. (w samym 2007 r. wymaga to zwiększenia pieniędzy na ten cel o 2,38 mld zł). Aż o 3,13 mld zł rosną wydatki na obronę narodową, co ma związek z zakupem przez armię samolotów wielozadaniowych. Zapowiadany przez PiS budżet "zadaniowy" przybrał postać uzasadnienia, w którym analizowane są szczegółowo wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe.

Reklama
Reklama

Bez widoków na redukcję

wydatków

- Projekt na przyszły rok jest nowatorski w formie, ciekawy w treści, ale kroki podjęte w budżecie są niewystarczające z punktu widzenia narastającego długu - podsumowała projekt Zyta Gilowska. Z przyjętej przez rząd strategii zarządzania długiem na lata 2007-2009 wynika, że zadłużenie państwa na koniec przyszłego roku wyniesie 510,2 mld zł (49,2 proc. PKB), a w 2009 r. - 645 mld zł (51 proc. PKB). Koszty obsługi długu, które w 2005 r. wyniosły 25 mld zł (2,5 proc. PKB), w 2006 r. zamkną się kwotą ok. 27,9 mld zł (2,7 proc. PKB) i 33,7 mld zł (2,7 proc. PKB) w 2009 r.

Wicepremier pytana, jak zamierza doprowadzić do ograniczenia długu w przyszłości, odpowiedziała: - Trzeba obniżać wydatki. Zaraz potem przyznała szczerze, że "nie ma na to atmosfery". Z. Gilowska pocieszała, że w 2007 r. nie zwiększają się "przynajmniej" wydatki na administrację.

PiS chce, by budżet był przedmiotem obrad Sejmu na posiedzeniu 10-13 października. Najbliższe dni pokażą, czy ustawa znajdzie poparcie posłów. Gdyby parlamentarzyści zdecydowali o skróceniu kadencji, zgodnie z konstytucją i ustawą o finansach publicznych, przyjęty wczoraj projekt będzie przedmiotem prac kolejnego Sejmu. Będzie także podstawą do prowadzenia polityki finansowej państwa, jeżeli posłowie nie dogadają się i nie zdążą przyjąć ustawy przed końcem roku.

Komentarz

Reklama
Reklama

Andrzej Powierża

Analityk Domu Maklerskiego PKO BP

Sytuacja w parlamencie na pewno nie poprawia nastrojów panujących obecnie na rynku. Widać jednak, że indeksy zaczęły spadać po południu, a wtedy nie napływały już do nas nowe informacje z rządu, a więc spadki były co najwyżej reakcją na informacje o demonstracji przed Sejmem - być może inwestorzy przestraszyli się powtórzenia scenariusza węgierskiego. Perspektywy wcześniejszych wyborów nie oceniałbym jako zdecydowanego zagrożenia dla sytuacji na rynku kapitałowym. Może ona być nawet odebrana pozytywnie, gdyż stwarza szansę na osiągnięcie takiego układu sił, który pozwoli na sprawne prace rządu.

Grzegorz Maliszewski

Ekonomista Banku Millennium

Po zwiększeniu dochodów budżetowych o transfery z Unii Europejskiej warto spytać, czy aby na pewno wszystkie te środki trafią na cele związane z UE. Jeżeli jednak reforma finansów publicznych ma się ograniczać tylko do zmian czysto "księgowych", to zbyt mało. Niezależnie od ustalonej na poziomie 30 mld zł kotwicy budżetowej, na wysokim poziomie pozostały przecież potrzeby pożyczkowe państwa. Inwestorzy usłyszeli wprawdzie, że dług publiczny nie przekroczy w tym roku 50 proc. PKB, ale nawet przekroczenie tego progu nie pociąga za sobą znacznych konsekwencji. Teraz mamy silny wzrost gospodarczy, rośnie popyt krajowy - wszystko to powoduje, że realizacja budżetu w 2007 r. wydaje się niezagrożona. Taki stan nie potrwa jednak wiecznie. Powinniśmy się przygotować na ostudzenie koniunktury i zmienić strukturę wydatków.

Reklama
Reklama

Małgorzata Krzysztoszek

Szef ekspertów Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan

Aby ograniczać wydatki - czego chce wicepremier Zyta Gilowska

- potrzebna jest wola polityczna. Jest bowiem oczywiste, że nie możemy zmniejszać wydatków prorozwojowych. W takiej sytuacji muszą być mniejsze transfery socjalne. Tymczasem największą wadą projektu budżetu na 2007 r. jest zaprzepaszczenie szansy na ograniczenie deficytu budżetowego oraz naprawę finansów publicznych, i to

w momencie, gdy mamy dobą koniunkturę gospodarczą. Oceniamy, że rząd zawyżył o około 4 mld zł wpływy podatkowe. Pracodawców niepokoi także wzrost dochodów z dywidendy do 4 mld zł. Obawiamy się, czy taki "drenaż" nie zakłóci procesów inwestycyjnych przedsiębiorstw, i tym samym nie zmniejszy ich konkurencyjności na rynku.

Reklama
Reklama

Sebastian Stolorz

Główny ekonomista Banku Ochrony Środowiska

Nie sądzę, aby ujawnienie kuluarowych rozmów posłów mogło w istotny sposób oddziaływać na zachowania inwestorów. Ryzyko wcześniejszych wyborów pojawiło się już w ubiegłym tygodniu. Rynek zdążył zdyskontować te informacje. PSL nie rozpoczął faktycznych negocjacji z rządem, więc samo zawieszenie rozmów nie stanowiło istotnego

sygnału dla inwestorów. Wczoraj pojawiło się natomiast kilka nowych

informacji, takich jak rekomendacje Banku Światowego czy komunikat RPP. To one kształtowały obraz rynku. Umacnianie euro wobec złotego było w dużym stopniu podyktowane aprecjacją euro na rynkach międzynarodowych. Poziom 4 zł za euro stanowi silny górny punkt oporu. Jego przełamanie będzie wymagało znacznego umocnienia euro wobec

Reklama
Reklama

głównych parwalutowych. Nawet gwałtowna reakcja inwestorów

na zmiany polityczne nie wystarczy do realizacji takiego scenariusza.

Afera zrobiła wrażenie

na inwestorach

Dobre nastroje na większości rynków akcji na świecie, będące wynikiem osiągnięcia we wtorek przez amerykański S&P 500 najwyższego poziomu od 5,5 roku, nie przeniosły się na warszawski parkiet. Początkowo zmiany

Reklama
Reklama

były niewielkie. Potem pojawiła się większa

podaż, która zepchnęła WIG20 ostatecznie o 0,8 proc. w dół, do 2924 pkt. W gronie osiemdziesięciu indeksów monitorowanych przez Bloomberga WIG20 był wczoraj drugim

najgorszym wskaźnikiem. Wzrost skłonności do wyprzedaży akcji zbiegł się w czasie

z informacjz niechęcią PSL do przystąpienia do koalicji.

Wczorajszej zniżce towarzyszyły wyraźnie większe niż w poprzednich dniach obroty (dla spółek z WIG20 było to 667 mln zł, wobec 483 mln zł dzień wcześniej), co przemawia przeciwko traktowaniu wczorajszego ruchu jako przypadkowego. Uwagę zwracała słabość naszej giełdy na tle innych rynków. Solidne zwyżki odnotowały wczoraj rynki azjatyckie. Marsz w górę kontynuowany był na europejskich parkietach (we wtorek wyraźnie podskoczyły notowania w Ameryce).

Trudno jednak wczorajszą słabość warszawskiej giełdy przypisywać jedynie czynnikom politycznym. Pojawiły się one w sytuacji, gdy postrzeganie rynków w naszym regionie i szerzej wszystkich emerging markets nie jest zbyt korzystne. Mają na to wpływ przede wszystkim pogorszenie notowań surowców, w szczególności paliw, oraz problemy gospodarcze części państw z inflacją (Węgry, Turcja), deficytem handlowym (RPA) czy budżetowym (Węgry). W efekcie w tym miesiącu bardzo słabo wypada nie tylko polska giełda, ale również czeska, węgierska, turecka,

a przede wszystkim rosyjska.

Złoty i obligacje też poszły w dół

Wyprzedaż nie ominęła wczoraj także złotego

i obligacji. Euro podrożało

o 2 grosze, do prawie 3,98 zł,

a dolar poszedł w górę

o 1,5 grosza, do ponad 3,13 zł. Kursy obu walut zbliżyły się do wrześniowych szczytów.

Ich przełamanie zapowiadałoby kontynuację wzrostu. Rentowność obligacji 5-letnich podniosła się o 8 pkt bazowych,

do 5,35 proc. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnich tygodniach papiery

dłużne z rynków wschodzących

generalnie wypadają

blado na tle obligacji

z rynków dojrzałych.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama