Dlaczego to, co się zdarzyło na Węgrzech, było takim szokiem dla opinii publicznej. Po pierwsze, Węgry uchodziły za kraj stabilny, zawsze umiejący znaleźć kompromis i właściwe polityczne rozwiązanie. Po drugie, według długoterminowej oceny rynków finansowych, Węgry potrafiły radzić sobie ze stanem finansów publicznych i zewnętrznym zadłużeniem. Dowodem na to była sumienna i punktualna obsługa długu publicznego. Po trzecie, Węgry zawsze uprawiały skuteczny "marketing polityczny", wmawiając władzom europejskim i przy okazji rodakom, że mają w zanadrzu "plan" rozwiązania problemów ekonomicznych. Dlaczego tym razem nie udało się "cało wyjść z opresji"? Zawinił całkowicie mechanizm polityczny. Najlepszym tego dowodem była powściągliwa reakcja rynków finansowych. One dawno już zdyskontowały w cenie papierów wartościowych i kursie walutowym węgierskie problemy.
Walka "na noże" lewicy z prawicą węgierską spowodowała, że obie strony sięgnęły po populistyczne obietnice jako najlepszy środek do zdobycia władzy. Bojąc się przegranej, żadna z partii nie chciała zrezygnować z rozdawnictwa "przedwyborczego gulaszu". "Wygrany" w grze politycznej okazał się "przegranym" w grze ekonomicznej. Stan finansów państwa i zewnętrzne zadłużenie są na tyle poważne, że z sanacją finansów nie dało się dłużej czekać. Premier postąpił mało rozważnie politycznie, ale nie miał innego wyjścia, jeśli miał kraj uratować przed finansowym krachem. Mylił się tylko w jednym, tak naprawdę "oszukiwała" wyborców nie tylko jego partia, ale cała klasa polityczna. Problem zatem nie tkwi w tym, kto wygrywa wybory, ale w jakim czyni to stylu.
Wyborcy mają prawo, a nawet obowiązek, uzyskać rzetelną informację o ekonomicznych konsekwencjach przedwyborczych obietnic gospodarczych. Niestety, partie polityczne są skuteczniejsze w zachwalaniu własnych pomysłów niż w rzetelnej krytyce propozycji gospodarczych politycznych przeciwników. W niektórych krajach pojawiła się swego rodzaju instytucja formalnego arbitra (na przykład w Holandii), który "z urzędu" ocenia programy gospodarcze partii politycznych i wypowiada się na temat ich racjonalności oraz długoterminowych skutków. Taka instytucja ma oczywiście sens, jeśli cieszy się estymą wyborców i wpływa na ich decyzje. Zbudowanie tego typu instytucji, a raczej jej reputacji, wymaga jednak czasu.
Inną formą komunikacji społecznej pomiędzy wyborcami a partiami jest pośrednictwo "fachowców". Problem polega jednak nie tylko na tym, żeby byli oni "fachowi", ale również gwarantowali bezstronność swoich ocen. Nie bez znaczenia są techniczne warunki, to znaczy dostęp do mediów i język, jakim posługują się fachowcy. Niestety, ekonomiści mają manierę używania na co dzień dość hermetycznego, "branżowego" języka, który dla osób spoza branży jest mało zrozumiałym słowotokiem, trudno przekładalnym na własną percepcję zjawisk ekonomicznych.
To, czego nie są w stanie zapewnić fachowcy, to znaczy łatwe zrozumienie przez obywatela ekonomicznego sensu programów gospodarczych, muszą przejąć na siebie media. W ocenie moich węgierskich kolegów, prasa nad Dunajem jest jeszcze mniej komunikatywna niż nad Wisłą. Problem z mediami polega na tym, że w małym stopniu są w stanie oderwać się od wąskiej oceny programów gospodarczych na zasadzie: ile poszczególny obywatel "zarobi" na niższych podatkach lub zwiększonych wydatkach socjalnych. Stara prawda, że nie istnieje coś takiego jak darmowy obiad, ma również makroekonomiczny sens. Społeczeństwo zawsze musi zapłacić za swój obiad, władza państwowa może go tylko bardziej lub mniej efektywnie podzielić.