Kilka lat temu pojawił się u mnie rozgoryczony prezes spółki, należącej do funduszu inwestycyjnego. Notowana na giełdzie firma zniżkowała. Nowy prezes został zatrudniony, aby zahamować ten trend i go odwrócić. Już samo jego nazwisko wystarczyło, żeby po komunikacie prasowym o jego powołaniu kurs akcji wzrósł. Wyzwania były duże, ponieważ fundusz liczył na potrojenie wartości firmy, choć wpadła ona w tarapaty finansowe i inwestycja była prawie stracona.
Kandydat opowiadał mi:
- To już oficjalna wiadomość, że nasz konkurent prawdopodobnie nas przejmie. Moja misja dobiega końca.
- A pan nie zostaje?
- Mógłbym się dogadać z naszym konkurentem. Szanujemy się, ale decyzja o sprzedaży firmy po dziewięciu miesiącach od mojego zatrudnienia tak mnie zaskoczyła, że nie mam już serca. Skończę rozpoczętą pracę i przekażę ster nowemu właścicielowi.