Przez kilka dni w mediach głośno było o antyrządowych zamieszkach w Budapeszcie oraz żądaniach ustąpienia wybranego w demokratycznych wyborach premiera Ferenca Gyurcsanya. W węgierskiej kampanii wyborczej partie prześcigały się w obietnicach obniżenia podatków i zwiększania wydatków budżetowych. Tymczasem stan finansów publicznych był fatalny i nie można było sobie pozwolić na jakiekolwiek rozluźnienie polityki fiskalnej. W tym roku węgierski deficyt ma wynieść 10,1 procent PKB, podczas gdy w kampanii podawano liczbę prawie dwukrotnie niższą. Gyurcsany zdawał sobie sprawę z istniejących problemów i po objęciu władzy jego rząd przystąpił do realizacji programu naprawy finansów publicznych. Od kilku miesięcy rząd węgierski przygotowywał nowy plan konwergencji, zakładający bardziej restrykcyjną politykę fiskalną, a mianowicie podniesienie podatków i obcięcie wydatków budżetowych. To, że obietnice składane zarówno przez Partię Socjalistyczną, jak i opozycyjny Fidesz są niemożliwe do zrealizowania, wiadomo było już dużo wcześniej. Zamieszki zaczęły się jednak dopiero wówczas, kiedy premier Gyurcsany przyznał, że kłamał, i zapowiedział reformy. Paradoksalnie na całej sytuacji zyskuje partia opozycyjna Fidesz Viktora Orbana, która nie miała odwagi przyznać, że w przedwyborczych obietnicach rozmijała się z prawdą. Wniosek z tego jest taki, że węgierskie społeczeństwo nadal wierzy w możliwość powiększania wydatków budżetowych.
Co na to całe zamieszanie mówią władze Unii Europejskiej? Komisja Europejska zaakceptowała plan konwergencji zaproponowany 1 września przez rząd Ferenca Gyurcsanya. Jej zdaniem, władze Węgier powinny jak najszybciej wprowadzić plany reform systemu emerytalnego, administracji publicznej, opieki zdrowotnej i edukacji. Raport KE mówi, że Węgry powinny w ciągu trzech lat ograniczyć deficyt budżetowy do 3 proc. PKB wymaganych w traktacie z Maastricht.
Czy gdyby Gyurcsany nie kłamał w kampanii, miałby szanse na zwycięstwo i realizację niezbędnych reform? Nie wiadomo, wszak hasło wprowadzenia restrykcyjnej polityki fiskalnej raczej nie spotkałoby się z pozytywnym odbiorem u wyborców. Czy jednak dalsze odkładanie w czasie koniecznych przekształceń gospodarczych jest możliwe? Im dłużej się będzie z nimi zwlekać, tym wyższe będą ich koszty. Czy zatem kłamstwa Gyurcsanya mogą się opłacić węgierskiemu społeczeństwu? Trudno zaryzykować taką tezę, wszak nie jest on już politykiem wiarygodnym. W odpowiedzi na żądania jego dymisji ze strony opozycji powiedział, że kładzie na szali całe swoje życie polityczne, ale zostanie na stanowisku, aby kontynuować reformy. Czy jednak można mieć pewność, że mówiąc te słowa, znowu nie skłamał? Czy może jest tak, że ujawnienie taśmy z wystąpieniem, paradoksalnie, zmotywowało go do rzetelnego i szybkiego przeprowadzenia zmian, przez co próbuje on przywrócić zaufanie społeczne do swojej osoby?Węgry to nie jedyny kraj regionu borykający się z problemem zbyt wysokiego deficytu budżetowego. Podobne kłopoty mają Czechy, gdzie po czerwcowych wyborach jeszcze nie uformowała się koalicja większościowa. Społeczeństwo widzi rozwiązanie w zorganizowaniu wcześniejszej elekcji, co byłoby okazją do składania obietnic zwiększania wydatków i w konsekwencji deficytu budżetowego. Sytuacja ta wygląda znajomo, wszak obok zamieszek w Budapeszcie tematem dominującym w naszych mediach jest rozpad koalicji w Polsce. Poszło oczywiście o budżet. Niewykluczone że będą przedterminowe wybory. Co ciekawe, sondaż, który przeprowadziła PBS DGA, pokazuje, że zdaniem większości społeczeństwa, w sporze budżetowym między premierem Jarosławem Kaczyńskim a Andrzejem Lepperem rację miał ten drugi. Jedynym kryterium konwergencji z wymienionych w traktacie z Maastricht, którego nie spełnia Polska, jest zbyt duży deficyt budżetowy. Na zaniedbania w reformie finansów publicznych zwracają uwagę w swoich wystąpieniach członkowie RPP. Czy nie jest tak, że w ewentualnie czekającej nas kampanii wyborczej można spodziewać się licytacji pomysłów na redukcję podatków i obciążeń fiskalnych, a po wyborach podtrzymanie woli dokonania reform będzie oznaczać likwidacjź wcześniejszych emerytur, zmniejszenie liczby osób pobierających renty, wprowadzenie podatków dochodowych dla rolników czy zwiększenia składek na KRUS? Skądinąd są to bardzo potrzebne reformy, tylko niestety niepopularne i niegwarantujące zwycięstwa wyborczego. Czy zatem potrzebny nam jest "polski Gyurcsany", który nakłamie w kampanii wyborczej, żeby udało się przeprowadzić reformy finansów publicznych?