To, w jakim położeniu jesteśmy obecnie jest konsekwencją naszego wcześniejszego postępowania. Ta prawda dotyczy nie tylko poszczególnych osób, ale również całych społeczeństw i państw. Polska nie jest tu wyjątkiem. Choć rządzący i zarządzający tłumacząc swoje niepowodzenia błędami poprzedników nieco zdewaluowali tę prawdę. Zarówno obecny, jak i wcześniejsze "kryzysy gazowe" to konsekwencja zaniedbań z kilku ostatnich lat.

Czy przerwa w dostawach gazu rzeczywiście jest spowodowana błędem urzędnika? Czy też jest to element nacisku w negocjacjach kolejnego kontraktu na zaopatrzenie w błękitne paliwo? Tak naprawdę odpowiedź na te pytania, choć istotna, nie jest najważniejsza. Kluczową sprawą jest to, że pojedynczy dostawca, newralgicznego dla Polski surowca energetycznego, może tak łatwo szantażować krajowego potentata.

Nie jest usprawiedliwieniem fakt, że od gazu ze Wschodu zależne jest tak naprawdę pół Europy, jeśli nie więcej. To Polska, a nie Niemcy, ma już po raz drugi w tym roku problemy z dostawami. Choć nasi południowi sąsiedzi są mniejsi od nas, jednak u nich paliwa nie brakuje. Obecną sytuację zawdzięczamy brakowi spójności i konsekwencji w działaniu kolejnych gabinetów. Rząd Jerzego Buzka zdecydował, że konieczna jest dywersyfikacja źródeł gazu. Jego następcy, pod przewodnictwem Leszka Millera, doszli już do wniosku, że surowca jest za dużo i zdecydowali się na ograniczenie kontraktu jamalskiego. W ten sposób miało powstać miejsce dla innych dostawców. I powstało, tyle że i tak gaz kupujemy ze Wschodu. A sprzedaje nam go wciąż ta sama firma, choć pod różnymi szyldami.