Jeśli w poniedziałkowych wydarzeniach na rynkach światowych szukać odpowiedzi na pytanie, czy WIG20 da radę zaatakować majowy szczyt, to trudno pozostać w krótkim terminie optymistą. Przed tygodniem, po tym jak wyliczany przez Morgan Stanley indeks dla rynków wschodzących przekroczył 62-proc. zniesienie majowo-czerwcowego spadku, zatytułowałem komentarz "Idzie ku lepszemu". Choć nie wydarzyło się jeszcze nic, co zagroziłoby optymistycznemu scenariuszowi zakładającemu odrobienie całości strat, to poniedziałek sygnalizuje, że oczekiwanie na nowe rekordy hossy może się trochę przeciągnąć. Uwaga inwestorów od pozostałych rynków wschodzących odciąga bowiem zbliżający się debiut (27 października) Industrail&Commercial Bank of China, który w dopiero zakończonej, największej w historii rynków kapitałowych ofercie publicznej zebrał 19 mld USD. Inwestorzy indywidualni w Chinach złożyli zapisy 49 razy przekraczające wartość przeznaczonych dla nich akcji. Wczoraj chińskie indeksy Shenzen Composite i Shanghai Composite zanotowały największe od ponad dwóch miesięcy spadki, co związane jest właśnie z niepewnością przed debiutem ICBC. Indeks giełdy w Szanghaju już drugi raz w tym miesiącu nie dał rady przełamać poziomu 1800 pkt i zamknął sesję na najniższym poziomie od początku października. Jak zachowa się rynek już po pojawieniu akcji ICBC? Debiut pod koniec maja Bank of China wypadł prawie 15 proc. powyżej ceny emisyjnej i dziś akcje utrzymują się na tym samym poziomie. Inne, porównywalne oferty publiczne - włoskiego Enela i japońskiego DoCoMo - przynajmniej w krótkim terminie nie zaszkodziły tamtejszym rynkom. Więcej, DoCoMo w kilkanaście miesięcy po debiucie zwiększył swoją wartość przeszło 4-krotnie. Ale później stał się ofiarą pęknięcia internetowej bańki (podobnie jak Enel) i cała zwyżka została zniesiona. W nieco dłuższej perspektywie drugi w ostatnich miesiącach debiut giganta na chińskim rynku stanowi dla niego (i wszystkich emerging markets) poważne obciążenie.