W poprzednich kwartałach amerykańscy inwestorzy tyle razy nie doceniali możliwości podtrzymania dobrej passy odnośnie do szybkiego tempa wzrostu zysków korporacji, że tym razem najwyraźniej nie chcą popełnić ponownie tego samego błędu. Ostatnie 20 sesji przed rozpoczęciem sezonu wyników (10 października), w czasie których S&P 500 zyskał 3 proc. było najlepszym takim okresem od publikacji raportów za IV kwartał 2003 r. Optymizm nie uleciał w kolejnych dniach. Indeks poszedł w górę o dalsze 1,5 proc. i to mimo narastających obaw wśród analityków o przyszłe zyski spółek. Stopniowo obniżają swoje prognozy na 2007 r. Szczególnie dotyczy to mniejszych firm, wchodzących w skład indeksów S&P 400 (mid-capy) i S&P 600 (small-capy) niż największych spółek. Taka sytuacja znajduje odbicie w poziomie indeksów - S&P 500 dawno przebił wiosenny szczyt, S&P 400 i S&P 600 nie pokonały zbudowanych wtedy szczytów. Takie zachowanie poszczególnych segmentów rynku sugeruje, że inwestorzy nie przestali się obawiać ochłodzenia koniunktury gospodarczej, jak można byłoby sądzić po tym, jak udało się ustanowić nowe maksima hossy. A skoro także zagrożenie nie ustąpiło, to pojawia się pytanie, czy optymizm odnośnie do największych spółek nie jest przesadzony. W trendach bocznych na dobre utknęły rynki wschodzące. Węgierski BUX już 3 miesiące krąży wokół 22 tys. pkt, koreański Kospi od dwóch miesięcy waha się wokół 1350 pkt, argentyński Merval od 4 miesięcy balansuje na wysokości 1650 pkt, podobna sytuacja jest w Rosji, gdzie RTS nie może wyraźniej oddalić się od 1550 pkt. Wiosenny szczyt zdołał pokonać natomiast Hang Seng, opisujący koniunkturę giełdową w Hongkongu, a wyrównał go meksykański IPC. To pokazuje, że emerging markets pozostają w defensywie. Niezłe nastroje utrzymujące się na nich przez ostatnie tygodnie to wynik przede wszystkim rekordów na dojrzałych parkietach. Gdy ich zabraknie rynki wschodzące znów znajdą się pod presją.