Tak jak do połowy maja tego roku inwestorzy ignorowali zagrożenia jakie niosło dla rynków wschodzących spowolnienie tempa wzrostu w amerykańskiej gospodarce, tak od tamtej pory zwracają na nie szczególną uwagę. Dane o niższym od oczekiwań tempie wzrostu amerykańskiego PKB w III kwartale poczyniły dużo większe szkody właśnie na emerging markets, niż na najbardziej przecież zainteresowanej tymi cyframi Wall Street. Rozpięta między rynkami wschodzącymi i rozwiniętymi giełda w Tokio doświadczyła w poniedziałek największego spadku w ostatnich trzech miesiącach. Nie oznacza to jeszcze załamania zapoczątkowanej w połowie lipca zwyżki, ale miejsca na dalszą zniżkę bez istotnych konsekwencji technicznych już nie ma. A przecież, biorąc pod uwagę znaczny spadek rentowności obligacji w Europie i USA w ostatnich kilku tygodniach, można by spodziewać się dość wyważonych reakcji. Dodatkowo silna zwyżka na największych giełdach świata sprawiła, że różnica w rocznych stopach zwrotu między indeksami MSCI dla rynków wschodzących i rozwiniętych, wyliczanych w dolarach, spadła z 40 proc. w pierwszej dekadzie maja do 4 proc. pod koniec września. Wprawdzie już w połowie października podniosła się do 14,5 proc., ale to była tylko średnia wartość różnicy w rocznych stopach zwrotu po 2003 roku. W tych warunkach piątkowy i poniedziałkowy spadek na rynkach wschodzących, znacznie silniejszy niż na parkietach rozwiniętych stanowi dowód na utrzymującą się słabość grupy giełd, do których zaliczana jest także warszawska GPW. Październikowe wybicie z konsolidacji górą na wykresie indeksu MSCI opisującym koniunkturę na emerging markets wydaje się w tej sytuacji zachowaniem wymuszonym przez rekordy na rynkach rozwiniętych. Nie musi tym samym zapowiadać wcale ataku na majowy wierzchołek. W kontekście naszego rynku oznacza to mniej więcej tyle, że w dalszym ciągu będzie musiał sobie radzić bez istotnego udziału inwestorów zagranicznych. Trudno zatem oczekiwać nowych rekordów WIG20.