Czwartkowa sesja za oceanem rozpoczęła się od spadków głównych indeksów. Spadków, które wywołała publikacja danych o wydajności i kosztach pracy w USA w III kwartale br. Według wstępnych szacunków, wydajność pracy nie zmieniała się, natomiast koszty pracy wzrosły o 3,8 proc. Były to dane gorsze od prognoz, zakładających odpowiednio wzrost o 1,5 proc. i 3,5 proc.
Brak wzrostu wydajności w III kwartale, przy równoczesnym wzroście kosztów pracy, to sygnał sugerujący wzrost inflacji. To niekorzystna informacja dla posiadaczy akcji. O tym, jak bardzo, najlepiej może świadczyć fakt, że wydajność w relacji rocznej wynosi 1,3 proc., co jest najniższym wynikiem od 1997 roku. Natomiast koszty pracy wzrosły do 5,3 proc. r./r. i są najwyższe od 1990 roku.
Coraz wyższe koszty pracy to niejedyny sygnał, że inflacja w USA jest wciąż problemem. Wskazuje na to bowiem ciągle wysoka inflacja bazowa. W tej sytuacji zmniejszają się szanse na relatywnie szybkie obniżki stóp przez Fed, które mogłoby oddalić widmo recesji, jakie wisi nad gospodarką USA, a w których zbawienną moc tak święcie wierzy Wall Street, i która to wiara, na razie, trzyma amerykańskie indeksy blisko ostatnich szczytów. Gdy inwestorzy zdadzą sobie sprawę z tego, że gospodarka podąża w kierunku recesji, a Fed nie zawróci jej z tej ścieżki, będzie to koniec rynku byka. Zarówno w USA, jak i na świecie.
Ostatni tydzień upłynął pod znakiem spadków S&P500 Nasdaq Composite i DJIA. Nie były one duże, ale w kilku przypadkach pozwoliły wygenerować wstępne sygnały sprzedaży na wskaźnikach. Szczególnie groźna dla popytu sytuacja powstała na wykresie indeksu technologicznego. Po dwóch tygodniach stabilizacji na poziomie bariery podażowej, jaką na 2370,87 pkt tworzy szczyt z 19 kwietnia br., zdecydowanie odbił się on od tego oporu. W połączeniu z sygnałami sprzedaży na MACD, Stochasticu czy RSI, może to zapowiadać, jeśli nie odwrócenie trendu, to przynajmniej silniejszą korektę.