Wystarczył jeden dobry raport z amerykańskiego rynku pracy na koniec zeszłego tygodnia, żeby inwestorzy zapomnieli o całej serii rozczarowujących publikacji obrazujących stan największej światowej gospodarki. Choć ograniczył on do minimum szanse na obniżkę stóp procentowych przez amerykańskie władze monetarne w najbliższych kilku miesiącach i tym samym postawił pod znakiem zapytania dalszą obniżkę rentowności tamtejszych papierów rządowych (na wykresie dochodowości 10-letnich obligacji mamy już za sobą dwa etapy zmiany trendu wg schematu 1-2-3), to w najmniejszym stopniu nie zniechęciło to inwestorów do kupowania akcji. W tym także na rynkach wschodzących. Te ostatnie nadrabiają straty w odniesieniu do parkietów rozwiniętych - ostatnie kilka sesji przesądziło o tym, że indeks MSCI dla emerging markets wyliczany w dolarach, definitywnie zostawił z tyłu 62-proc. zniesienie majowo-czerwcowej przeceny i zmierza w kierunku szczytu z pierwszej połowy tego roku. Indeks MSCI obejmujący rynki rozwinięte straty, oczywiście, już odrobił. Co zastanawiające, rynki wschodzące poradziły sobie praktycznie bez wsparcia surowców - owszem indeks CRB odbił nieco w górę po bezprecedensowym spadku o 17 proc. w ciągu dwóch miesięcy, ale poniesione straty odrobił na razie tylko w minimalnym stopniu. Surowce postrzegane jako silnie związane ze światowym wzrostem gospodarczym - miedź i ropa - praktycznie nic nie zyskały. Mimo tego kursy akcji na rynkach wschodzących są coraz wyższe. Czy w tym dość mało przyjaznym otoczeniu celem dla byków są tylko majowe wierzchołki, czy stoimy na początku nowej fali hossy? To drugie rozwiązanie wydaje się mało prawdopodobne, choć przynajmniej z punktu widzenia analizy technicznej, nie można go wykluczyć.
Na razie jednak wczorajsza zwyżka, przynajmniej w naszym regionie, niewiele zmieniła. Choć węgierski BUX zyskał 2 proc., to w dalszym ciągu znajduje się w jeszcze silniejszym trendzie bocznym niż WIG20.