Wczorajszą sesję główne amerykańskie indeksy rozpoczęły od niewielkich plusów. To w dużej mierze zasługa, opublikowanych jeszcze przed sesją, październikowych danych o inflacji konsumenckiej w USA. Podobnie jak we wrześniu, spadła ona o 0,5 proc., natomiast inflacja bazowa (CPI core) wzrosła o 0,1 proc. w relacji miesięcznej i 2,7 proc. w relacji rocznej. We wszystkich tych trzech przypadkach opublikowane dane były niższe od prognoz, które zakładały odczyty na poziomie odpowiednio -0,3 proc., 0,2 proc. i 2,9 proc.

Niższa od prognoz inflacja to sygnał, że pomimo ujawnionego w ostatnim protokole z posiedzenia FOMC zaniepokojenia inflacją, powrót do zaostrzania polityki monetarnej w USA staje się coraz mniej prawdopodobny. Ponadto część rynku mogła odbierać te dane jeszcze jako sygnał świadczący o możliwej, wcześniejszej niż w połowie przyszłego roku, obniżce stóp procentowych (to mało realne). Miałaby ona na celu pobudzić spowalniającą amerykańską gospodarkę.

W kontekście oczekiwanych przez część rynku wcześniejszych cięć stóp zwyżki na otwarciu Wall Street były logiczne. Jednak już ich niewielka skala mogła wskazywać, że coraz wyższe poziomy, na jakie amerykańskiej indeksy wspinają się nieprzerwanie od 4 miesięcy, zaczynają bykom ciążyć.

Dynamika wzrostów jest coraz mniejsza, o czym najlepiej świadczą coraz liczniejsze negatywne dywergencje wskaźników z wykresami indeksów Nasdaq Composite, Dow Jones czy S&P500.

Nie sposób jednak określić, kiedy okres beztroskiego kupna się skończy. Równie dobrze może to być dziś, jak i w przyszłym tygodniu czy miesiącu. Pozostaje więc jedynie spokojnie czekać na pierwsze poważne sygnały sprzedaży. Dla indeksu Nasdaq Composite, który obecnie jest na poziomach ostatnio notowanych w lutym 2001 roku, takim sygnałem byłby powrót poniżej kwietniowego szczytu (2370,87 pkt.). Szczególnie jeżeli byłby on wsparty przez formację odwrócenia trendu na wykresie w kompresji tygodniowej.