Po 2003 roku zdarzyła się tylko jedna korekta, która trwała dłużej. W kwietniu 2004 roku, po tym jak WIG20 osiągnął 1870 pkt, na odrobienie całości strat czekaliśmy 164 sesje. Na razie od majowego wierzchołka upłynęło 139 notowań, a indeks dużych spółek ma wartość o 5 proc. niższą, niż zanotowane wtedy 3347,8 pkt. W 2004 roku w 139 dniu korekty WIG20 również tracił do punktu, z którego rozpoczął spadek, około 5 proc. Choć zatem w miarę przedłużania się konsolidacji coraz mniejsze znaczenie dla kierunku wybicia ma wcześniejszy trend, to jednak to porównanie uzmysławia, że na kontynuację hossy wciąż nie jest za późno.
Czy WIG20 wróci
do majowego wierzchołka?
Ten wniosek wynikający z porównania dwóch korekt broni się także, jeśli spojrzymy na wykres WIG20 z punktu widzenia analizy technicznej. Mimo że w pierwszej dekadzie listopada doszło do pozornego wybicia w górę ponad lipcowy szczyt, co teoretycznie jest negatywnym sygnałem. Jednak spadek został zatrzymany (przynajmniej na razie) na 3100 pkt, gdzie wsparcie wyznacza wrześniowy szczyt, listopadowy dołek oraz linia trendu poprowadzona po minimach z połowy czerwca i początku listopada. Teraz pozostaje tylko czekać na wybicie ponad 3251 pkt (wierzchołek z 7 listopada), które będzie można uznać za sygnał startu nowej fali wzrostowej.
Teoretycznie publikowane dane obrazujące stan krajowej gospodarki pozwalają oczekiwać takiego właśnie scenariusza. Produkcja przemysłowa w październiku okazała się wyższa od oczekiwań, sprzedaż detaliczna tylko nieznacznie zawiodła. Presji inflacyjnej nie widać. Z danych NBP wynika, że Polacy, którzy wyemigrowali za pracą, przesyłają do kraju rekordowe kwoty pieniędzy (1,6 mld euro w II kwartale 2006), co po pierwsze korzystnie wpływa na złotego, po drugie na krajowy popyt.