We wtorek na zamknięciu sesji nowojorskiej giełdy NYSE kapitalizacja rynkowa Bank of America wynosiła 243,7 miliarda dolarów, a Citigroup, dotychczasowy lider światowego rankingu, był wart 243,5 mld USD.
Do identycznej zamiany miejsc doszło już w sierpniu, ale trwało to krótko. Tak może być i teraz, ale faktem jest, że Bank of America, którego siedziba mieści się w Charlotte w stanie Karolina Północna, jest znacznie lepiej postrzegany przez inwestorów niż nowojorski rywal.
Jego menedżerowie dobrze wykorzystali czas, kiedy Citigroup miał zakaz przejmowania innych instytucji, i dzięki udanym akwizycjom Bank of America zwiększył swój potencjał oraz wartość rynkową. Analitycy szczególnie cenią zakup FleetBoston Financial Corp za 48 miliardów dolarów (2003 r.) oraz ubiegłoroczną akwizycję firmy MBNA, emitenta kart kredytowych, za którą zapłacono 34 mld USD. W sumie na przejęcia od 2001 r. Bank of America pod kierownictwem Kennetha Lewisa, dyrektora generalnego, wydał 90 mld USD.
Kłopoty Citi
Gorącym zwolennikiem rozwoju firmy poprzez przejęcia był też Sandy Weill, poprzedni szef Citigroup, mający na koncie ponad sto takich transakcji, ale jego następca Charles Prince nie jest zwolennikiem takiej strategii. Ponadto przez znaczną część ubiegłego roku i tak nie mógł kupować, gdyż przeprowadzania takich transakcji zakazał bank centralny (Rezerwa Federalna). Citigroup przez kilka miesięcy zaostrzał kontrolę wewnętrzną, miał też kłopoty z nadzorem rynku w kilku krajach. Za rozmaite wpadki nowojorski bank zapłacił ponad 5 miliardów dolarów. Zdetronizowany lider gorzej niż Bank of America radzi sobie z integracją kupionych spółek.