Na Litwie polska giełda dostała ongiś czarną polewkę. Czy rzeczywiście dlatego, że jej głównym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, trudno powiedzieć. Z perspektywy czasu Litwini powinni jednak żałować. Warszawa najwyraźniej znalazła patent na szybki rozwój, a w Wilnie nic się nie dzieje, mimo szwedzkiej odsieczy. Nie tylko zresztą w Wilnie. W Pradze, Bratysławie czy Kijowie jest niewiele inaczej. Tylko Budapesztowi jakoś idzie. GPW mogłaby ożywić te rynki, gdyby tylko miała szansę (niektóre giełdy mają dość rozproszony akcjonariat...). Razem jest im przecież po drodze.
Regionalna sieć mogłaby być nie tylko odpowiedzią na potężne, międzynarodowe sojusze. Nie o puste gesty chodzi. Ona rzeczywiście mogłaby zapewnić bardzo obfity połów uczestnikom naszych rynków finansowych. W tej części Europy nie brakuje ani ciekawych przedsiębiorstw, ani potencjalnych inwestorów. Czy to przypadek, że dla zachodnich, np. austriackich, banków czy ubezpieczycieli region stał się żyłą złota?
Trzeba tylko odważnego kapitału oraz umiejętnej, efektywnej i bezpiecznej jego alokacji. Trzeba więc dobrego rynku - takiego jak w Warszawie. Jeśli drugim oczkiem w sieci może być maleńka giełda w Sofii - niech będzie. Może to nie wystarczy, by złowić rekiny, ale poza nimi w morzu gospodarki są jeszcze całe ławice ryb i rybek.
GPW zdała sobie z tego sprawę. Zarzuciła już nawet wędkę. Pisałem niedawno w tym miejscu, że Warszawa ma wszelkie dane, aby przyciągnąć na parkiet liczne spółki zagraniczne, zwłaszcza z naszego regionu. Są u nas i duże pieniądze, i dobra infrastruktura, i aktywni inwestorzy, i niezłe regulacje. A więc jest atrakcyjna przynęta. Brakuje promocji, ale i to się powoli zmienia. Być może GPW nie mogła, czy to z wędką, czy z siecią, wyruszyć na łowy wcześniej - potrzebowała czasu, by doros-nąć. A łatwo nie było, w każdym razie - nie zawsze. Ładnych kilka lat przed krótką epoką ministra Sochy i cały czas po mogła przecież liczyć tylko na własne siły. To zresztą jakiś dowód na to, że polscy włodarze uprawiają, owszem, politykę w regionie, np. na Wschodzie, ale już nie wschodnią politykę. I że wciąż słaby widzą związek między budowaniem związków politycznych i gospodarczych. Ciekawe, ilu z nich wiedziałoby, co to jest np. Agenda Warsaw City 2010 i o co w niej chodzi?
Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że skoro dawniej nasi sąsiedzi oglądali polską telewizję i czytali polskie książki (dlatego tak wielu mówi, a przynajmniej rozumie po polsku), to teraz mogliby z uwagą śledzić nasze tabele z notowaniami i studiować prospekty polskich czy "adoptowanych" przez nas firm. Nie obruszajmy się - jakie czasy, takie lektury. Nie kieruje mną przesadny optymizm. "Parkiet" jest już systematycznie cytowany w serwisach czeskich czy ukraińskich domów maklerskich. Powołują się na nas Litwini. Korespondują z nami rosyjscy dziennikarze. A przecież nic wielkiego się nie dzieje. Kilka naszych spółek zainwestowało na Wschodzie, kilka firm ze Wschodu zainteresowało się naszym rynkiem.