Obecnie klucz do koniunktury w Warszawie (lub jej braku), podobnie zresztą jak w przypadku wielu światowych rynków akcji, leży na Wall Street. To od tego, co się tam wydarzy, zależy czy hossa na GPW będzie kontynuowana, zakończona, czy może rozpocznie się silniejsza korekta.
Na razie rodzimi inwestorzy nie mają większych powodów do narzekań. W USA, pomimo spowalniającej gospodarki, wciąż górą są optymiści. Najlepszym tego przykładem była czwartkowa sesja. Zakończyła się ona neutralnie, pomimo że opublikowany w tym dniu indeks Chicago PMI, spadając w listopadzie do poziomu 49,9 pkt, zasygnalizował, iż sektor wytwórczy w rejonie Chicago znalazł się w recesji (pierwszy raz od 3,5 roku).
Już same w sobie dane były złe. Ale były one również złe dlatego, że sugerowały, iż publikowany dziś później indeks ISM (pokazuje on jaka jest koniunktura w całym amerykańskim sektorze wytwórczym), także może spaść poniżej granicznego poziomu 50 pkt, oddzielającego boom od recesji. Jak się wczoraj okazało, zupełnie słusznie. ISM spadł bowiem z 51,2 pkt w październiku do 49,5 pkt w listopadzie.
Piątkowe notowania na GPW, wobec czwartkowego braku zaniepokojenia w USA, rozpoczęły się od wyraźnych wzrostów. Nastroje pogorszyły się dopiero pod koniec dnia. Najpierw popsuły je nieco osuwające się kontrakty na amerykańskie indeksy. Jednak dopiero publikacja "recesyjnego" ISM i przecena na Wall Street, wywołały wyraźniejszą realizację zysków w Warszawie. Pomimo tego i tak byki wygrały, czego najlepszym przykładem są rekordy MIDWIG i WIG.
To co na GPW wydarzy się w przyszłym tygodniu, w pełni uzależnione jest od tego, co będzie się działo na Wall Street. To jedyny klucz do prognozowania nowych rekordów czy też ewentualnych, większych lub mniejszych korekt. Zważywszy, że po 4,5 miesiąca, nieprzerwanych większymi korektami wzrostów, silniejsza wyprzedaż amerykańskich akcji staje się z każdym dniem bardzie prawdopodobna, to zagrożenie spadkami w Warszawie też teoretycznie rośnie. Obawy, że WIG20 wróci do 3100 pkt, są uzasadnione.