Inwestycje znowu zaskoczyły. W III kwartale wzrosły niemal o 20 proc., a więc najszybciej od 1997 r. Chyba nikogo taki dobry wynik nie martwi, szczególnie że oczekiwanie na ożywienie stało się w ostatnich latach niemal sportem narodowym. Wbrew licznym nadziejom, inwestycje przez długi czas i systematycznie rozczarowywały. Dopiero ostatnie dwa kwartały przyniosły na tyle dobre wyniki, że można je traktować jako zapowiedź przełomu w nakładach na środki trwałe.
Jedną z konsekwencji wzrostu inwestycji może być jednak pogorszenie równowagi zewnętrznej Polski. Jak wiadomo, projekty inwestycyjne muszą być w jakiś sposób sfinansowane i jeżeli oszczędności krajowe nie są wystarczające, konieczne jest wykorzystanie kapitału zagranicznego. Ponieważ polska gospodarka nie charakteryzuje się szczególnie wysoką stopą oszczędności, naturalnym zjawiskiem jest sięganie po kapitał zagraniczny, na przykład w postaci inwestycji bezpośrednich (FDI).
Tempo, w jakim Polska wykorzystuje środki zagraniczne, jest wyrażone deficytem w rachunku bieżącym. Jego wielkość w relacji do PKB to nic innego jak różnica między stopą oszczędności krajowych oraz stopą inwestycji. Znaczne pogorszenie pozycji zewnętrznej Polski w drugiej połowie lat 90. było spowodowane właśnie przez ożywienie aktywności inwestycyjnej, przy tylko nieznacznym spadku stopy oszczędności. Wówczas deficyt w rachunku bieżącym kształtował się na poziomie ponad 7 proc. PKB i był rzeczywiście jedną ze zmiennych bardzo uważnie obserwowanych przez inwestorów na rynku walutowym. Obecnie skala nierównowagi zewnętrznej jest znacznie mniejsza i oscyluje wokół 2 proc. PKB. Tak dobry wynik jest jednak efektem załamania, a następnie stagnacji w inwestycjach po 2000 r.
Trwające obecnie ożywienie w nakładach na środki trwałe prawdopodobnie doprowadzi w perspektywie najbliższych kilku kwartałów do ponownego rozszerzenia deficytu w rachunku bieżącym. Mimo wszystko nie jest to chyba powód do niepokoju. W końcu deficyt w ostatnich latach utrzymywał się na bardzo niskim poziomie. Może nawet zbyt niskim, jak na standardy gospodarek rozwijających się. W końcu Polska jest krajem, który próbuje zmniejszyć dystans dzielący ją od państw rozwiniętych, a do tego celu potrzebne są zwiększone inwestycje. Jedynym sposobem na utrzymanie deficytu bieżącego w ryzach przy jednoczesnym wzroście inwestycji jest zwiększenie krajowych oszczędności, co jednak na razie wydaje się kompletnie nierealne. Co prawda, zapowiadane przez rząd zacieśnienie fiskalne w najbliższych latach prawdopodobnie pozwoli nieznacznie zwiększyć oszczędności publiczne, jednak skala tych działań będzie niewystarczająca. Oczywiście, więcej środków mógłby odkładać sektor prywatny, jednak nikt chyba poważnie nie zakłada, że po latach spowolnienia gospodarstwa domowe będą skłonne do zacieśniania pasa.
Poza tym perspektywa wzrostu deficytu w rachunku bieżącym to w końcu nic strasznego. Nawet jeżeli zwiększy się on w ciągu najbliższego roku o jeden lub dwa punkty procentowe, będzie wciąż znacznie mniejszy niż siedmioprocentowy niedobór utrzymywany na przykład przez Słowację lub Węgry. Na te tendencje można spojrzeć również w inny sposób. Dopóki wzrost deficytu nie wynika ze spadku stopy oszczędności, lecz przede wszystkim z przyspieszenia inwestycji, zmiany te nie stanowią aż tak poważnego zagrożenia dla polskiej gospodarki. W końcu dzięki nowym inwestycjom możliwe będzie podniesienie potencjalnego tempa wzrostu PKB, co z kolei ułatwi osiągnięcie nadwyżek w rachunku bieżącym w przyszłości. Dlatego jeżeli się uznaje, że Polska powinna zmniejszać dystans dzielący ją od krajów Europy Zachodniej, nie pozostaje nic innego jak pogodzić się ze wzrostem nierównowagi zewnętrznej.