Pierwsza sesja tygodnia była typowa dla przedświątecznego okresu. Marazm przez większą część dnia, niska aktywność inwestorów i pojedyncze "fajerwerki" pod koniec notowań. WIG20 poprawił rekord wszech czasów, ale miało to miejsce przy obrotach o połowę mniejszych niż w piątek. Największy wzrost odnotowały firmy, gdzie wymiana akcji była bardzo niska - BZ WBK, BPH. Zresztą w przypadku spółek, które traciły - KGHM czy PKN - obroty też pozostawiały bardzo wiele do życzenia. W związku z tym ta sesja nie miała praktycznie żadnego znaczenia. Wykazała jedynie, że w największym stopniu koniunktura na ostatnich sesjach przed
świętami będzie zależeć od strony podażowej.
W takich momentach jak obecnie trudno kreślić bardziej skomplikowane scenariusze jak ten oparty na powielaniu zdarzeń na świecie. W tym kontekście nie sposób nie zwrócić uwagi na piątkowe zachowanie amerykańskich rynków, szczególnie obligacji i dolara. Mimo że dane o inflacji zostały odczytane jako bardzo korzystne, papiery skarbowe ostatecznie zyskały tylko symbolicznie, a dolar wyraźnie się wzmocnił. To sugeruje zaniepokojenie wielkością inflacji bazowej, która wciąż pozostaje na poziomie, przy którym władze monetarne nie mogą zdecydować się na cięcie stóp. Znaczący spadek rentowności długoterminowych obligacji, wspierający przez poprzednie pięć miesięcy giełdy akcji, był właśnie odbiciem oczekiwań na poluzowanie polityki pieniężnej. Jeśli więc będziemy mieć do czynienia z odwrotną sytuacją, to idąca stopniowo w górę dochodowość papierów skarbowych stanie się katalizatorem korekty na giełdowym
parkiecie.
W kontekście piątkowej sesji na naszej giełdzie pojawia się pytanie, czy ewentualne pogorszenie nastrojów na świecie przełoży się od razu na niższe ceny akcji w Warszawie. Okazało się bowiem, że wciąż jest spora grupa inwestorów gotowa wyłożyć pieniądze na kupno walorów po niższych cenach. Odpowiedź na nie jest jednak trudna. W piątek łatwiej było o takie decyzje, bo sprzyjała koniunktura na świecie. Czy tak samo będzie, gdy się pogorszy?