Sposób desygnowania szefa Narodowego Banku Polskiego po raz kolejny obnażył problem obecnych elit rządzących. Dwudziestokilkuletni sekretarze stanu w ministerstwach związanych z gospodarką czy wakaty przy obsadzie szefów ważnych firm kontrolowanych przez państwo z PKO BP na czele potwierdzają problem. Czy to brak wiary w realizację programu gospodarczego jest źródłem kłopotu z obsadą stanowisk? Czy też może kryteria doboru ustalane przez rządzących okazały się zbyt wysokie?
Zanim pojawił się problem z obsadą stanowiska szefa banku centralnego, obserwowaliśmy kłopoty koalicjantów z doborem osób na kluczowe stanowiska w gospodarce. Formowanie rządu Kazimierza Marcinkiewicza w dużej mierze opóźniało się ze względu na trudności z obsadą stanowiska ministra finansów, a wśród potencjalnych kandydatów dominowali trzydziestolatkowie. Ostatecznie wybór padł na prof. Lubińską z Uniwersytetu Szczecińskiego, osobę zajmującą się naukowo finansami publicznymi, lecz zupełnie nierozpoznawalną, za to związaną personalnie z ówczesnym premierem. Do czasu przejęcia teki przez obecną wicepremier Gilowską, autorytet ministra finansów sprowadzał się do trzeciej ligi. Dopiero później zdecydowano się na wzmocnienie rządu osobami wywodzącymi się z PO. Brzemienna w skutkach reakcja premiera Marcinkiewicza na ?sprawę Beaty" i manipulacje życiorysem prof. Gilowskiej kolejny raz potwierdziły hierarchię preferencji władz odnośnie do odcięcia się od osób z peerelowską przeszłością.
Konstrukcja systemu Polski Ludowej niemalże wykluczała karierę naukową w ekonomii bez zaangażowania w działalność partyjną. Czystka w 1968 roku, która nie ominęła nawet takiej postaci jak Michał Kalecki, dobór kadr naukowych na czołowych wydziałach ekonomii czy chociażby akceptacja stypendystów Fulbrighta przez ZSP - to tylko kilka znamiennych przykładów negatywnej selekcji ekonomistów. W efekcie nauka ekonomii w Polsce zatrzymała się na latach sześćdziesiątych. Poza kilkoma wątkami z pogranicza głównego nurtu współczesna myśl ekonomiczna nie jest w Polsce obecna.
Doskonałym odzwierciedleniem opisanego mechanizmu jest struktura wiekowa polskich pracowników naukowych, wykładających na najlepszych uniwersytetach. Prof. Marcin Pęski - jeden z trzydziestu profesorów prestiżowego departamentu ekonomii na University of Chicago, spośród których pięciu to laureaci Nagrody Nobla czy prof. Andrzej Skrzypacz ze szkoły biznesu na uniwersytecie Stanforda - to ?wcześni" trzydziestolatkowie. Nazwiska te, praktycznie nieznane w Polsce, za kilka lat znajdą się na liście najważniejszych światowych ekonomistów. Dlaczego w Polsce nikt ich nie zna? Większość polskich profesorów miałaby poważny kłopot z opowiedzeniem, czym zajmują się ich wychowankowie sprzed zaledwie kilku lat. Dysproporcja wiedzy jest ogromna. Kiedy zręby współczesnej ekonomii światowej budowano na dorobku myśli matematycznej, polscy ekonomiści zajmowali się głównie doktryną marksowską i udowadnianiem wyższości gospodarki centralnie planowanej nad rynkiem. Na doświadczonych ekonomistów rynkowych przyjdzie nam jeszcze kilka lat poczekać, zanim obecnie ?krótka ławka" przybierze stosowne rozmiary. Poza coraz liczniejszą grupą młodych i kilkoma emerytowanymi profesorami polskiego pochodzenia na kluczowych uczelniach światowych nie ma Polaków. Szczególnie brakuje doświadczonych profesorów w średnim wieku.
Ten sam problem dotyka krajowej ekonomii. Bankowość centralna i polityka pieniężna nie należą tu do wyjątków, a może nawet są jednym z obszarów polskiej ekonomii najgorzej wyposażonych w kadry. Poza wąską grupą ludzi związanych obecnie z NBP nie mamy praktycznie doświadczonych osób zdolnych do kierowania bankiem centralnym. Jeżeli władze poszukują kompetentnego kandydata, z doświadczeniem i brakiem przynależności partyjnej, trafiają na niemoc pogodzenia dawnego systemu z historycznymi konsekwencjami. Chęć znalezienia osoby spoza kręgu prof. L. Balcerowicza niemalże skazuje misję znalezienia dobrego merytorycznie kandydata na szefa NBP na niepowodzenie. Wszystkie osoby doświadczone w bankowości centralnej, bez względu na preferencje polityczne, musiały być w ten czy inny sposób związane z NBP. Jest w tej grupie wiele doskonałych kandydatur, które rynek przyjąłby z entuzjazmem. Ograniczając się do kilku przykładów, warto wskazać tu prof. Sławińskiego, prof. Wojtynę czy prof. Polańskiego. Jeżeli władze nie odstąpią od niektórych wymagań stawianych potencjalnym kandydatom, to albo kolejny raz poznamy osobę, która nie ma odpowiednich kwalifikacji i doświadczenia, ale jest politycznie właściwa, albo będziemy świadkami wymiany elit i wybór padnie na młodego ekonomistę z wiedzą, doświadczeniem i akceptacją rynków.