Zgodnie z teorią tłumaczącą
występowanie efektu stycznia, ma on być następstwem między innymi poprawy nastrojów inwestorów w okresie międzyświątecznym. Z taką poprawą na naszym rynku mieliśmy do czynienia wczoraj. Bez istotniejszych powodów indeksy ruszyły mocno w górę. Można to wiązać z przedświąteczną wyprzedażą czy też ze wzrostem notowań w USA na wtorkowej sesji. Z drugiej strony, logika wydarzeń na wcześniejszych sesjach przemawiała przeciwko tak mocnej zwyżce. Pojawia się w tej sytuacji pytanie, czy jest on rzeczywistym świadectwem przemiany rynku, czy niewiele znaczącym ruchem. Za tą drugą interpretacją przemawiają niskie obroty. Nie znikły również czynniki, które zbijały ceny akcji na wcześniejszych sesjach. Miedź
po spadku poniżej 6,5 tys. USD za tonę nie miała sił na wyraźniejsze odbicie. Do tego znów zaczyna zniżkować ropa. Papiery
mniejszych spółek straciły zbyt mało, by mówić o poprawie atrakcyjności ich wycen. Na znaczące zyski z amerykańskich akcji nie
zanosi się, bo już od kilku tygodni zwyżka S&P 500 jest ślamazarna. Indeks przez dwa miesiące zyskał jedynie 2,5 proc. Do tego dochodzi coraz bardziej niekorzystna sytuacja na rynku obligacji. Wczoraj rentowność 10-latek znów poszła w górę i osiągnęła najwyższy poziom od pierwszej połowy listopada. Powrót wykresu dochodowości tych papierów powyżej dołków z października i listopada pozwala spodziewać się wzrostu przynajmniej do 4,85 proc. z obecnych 4,66 proc. Z perspektywy naszego rynku istotna jest presja na polskie obligacje ze strony niemieckich papierów skarbowych. Rentowność tych ostatnich poszła wczoraj mocno w górę, docierając do poziomu z połowy sierpnia. W niedługim czasie powinno dojść do testu maksimów z 2006 r. w okolicy 4,1 proc. (teraz jest