Słowenia jest pierwszym postkomunistycznym krajem, w którym będzie się płacić wspólną walutą - już od poniedziałku. W Europejskim Banku Centralnym kraj będzie reprezentował mianowany w piątek na drugą kadencję prezes Mitja Gaspari.
Polska nie spieszy się z wejściem do strefy euro. Nasze władze zastanawiają się, czy w ogóle warto starać się o miejsce w tym elitarnym klubie. - Mam wciąż wiele wątpliwości - mówił w tym tygodniu Lech Kaczyński włoskiemu dziennikowi "Corriere della Sera". - Jeśli euro się sprawdzi w innych krajach, zostanie wprowadzone również w Polsce w sposób naturalny. Jedynym znakiem zapytania jest termin - zaznaczył prezydent.
Po akcesji Słowenii prawdopodobnie przynajmniej przez dwa lata strefa euro się powiększy. - Trudno jest rozwijającym się krajom regionu, których gospodarki wciąż przechodzą proces transformacji, spełniać warunki stawiane przez traktat z Maastricht - mówi Christoph Rosenberg, cytowany przez Bloomberga dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego ds. Europy Środkowej i krajów bałtyckich. - Kryteria były dobre, ale w 1992 r., kiedy powstawały - dodaje.
Szanse na reformę są jednak nikłe. - Nie będziemy zmieniać zasad. Musimy trzymać się reguł narzuconych przez traktat - zastrzegł dwa tygodnie temu Jean-Claude Trichet, prezes Europejskiego Banku Centralnego.
Niezależnie od tego, czy warunki akcesji do strefy euro są dobre, czy złe, wszystkie państwa, które tak jak Polska weszły do Wspólnoty w 2004 r., oraz Rumunia i Bułgaria, które staną się członkami Unii już pierwszego stycznia, będą musiały w przyszłości zrezygnować z narodowych walut. Takie warunki narzucają im narodowe traktaty akcesyjne. Pieniądze mają być wymieniane w momencie, gdy kraj spełni kryteria z Maastricht.