To ostatni komentarz w 2006 r., więc poddając się presji oczekiwań wobec analityków, powinienem naszkicować scenariusz na kolejny rok, z uwzględnieniem szczegółowych prognoz na poszczególne miesiące, czy nawet tygodnie. Tyle tylko, że w takiej prognozie musiałoby być zawarte przynajmniej 10 warunków, bez których jakiekolwiek giełdowe scenariusze są wróżeniem z fusów i jedynie obrazują aktualne nastroje autora. Liczba tych warunków rośnie systematycznie w ostatnich latach wraz z coraz mocniej postępującą globalizacją rynków finansowych oraz poszczególnych gospodarek. Jeśli dodać do tego, że coraz większy wpływ na światową gospodarkę ma geopolityka (głównie ze względu na kursy surowców, w szczególności ropy i związane z tym napięcia inflacyjne wymuszające działania banków centralnych), a rynki finansowe z każdym rokiem niczym narkoman coraz mocniej uzależniają się od globalnych funduszy inwestycyjnych (szczególnie mocno było to widoczne w pierwszej połowie 2006 r., także na GPW), to giełdowe prognozy na przyszły rok można streścić w co najmniej dużych artykułach, a nie w kilku zdaniach, jak ostatnio czyni to szerokie grono medialnych analityków. Proszę przy tym pamiętać, że mowa w tym przypadku o prognozach zachowania giełdowych indeksów, a nie zdecydowanie bardziej przydatnych dla inwestorów prognoz, np. PKB (4,6-4,8 proc. w 2007 r.?) lub inflacji (średnia w 2007 r. w okolicach 2 proc.?).

Najważniejszym z tych warunków będzie oczywiście skala oczekiwanego spowolnienia tempa wzrostu amerykańskiej gospodarki. Giełdowi inwestorzy na całym świecie przyjęli za pewnik łagodne "miękkie lądowanie", a ewentualne rozczarowanie widoczne będzie bardzo gwałtownie w notowaniach tamtejszych spółek i amerykańskiej waluty, co natychmiast znalazłoby odzwierciedlenie także na emerging markets. Nie chcę straszyć, ale zestawienie optymizmu giełdowych inwestorów z obawami CFO amerykańskich spółek jest co najmniej zastanawiające. W ankiecie przeprowadzonej wśród 279 CFO na początku grudnia dalej utrzymuje się dość wysoki odsetek (aż 30 proc.) zaniepokojonych i bardzo zaniepokojonych perspektywą recesji w USA w 2007 r. O tym, kto ma rację, głównie decydować będzie zapewne koniunktura na rozchwianym rynku amerykańskich nieruchomości, stanowiących do tej pory filar gospodarki ("efekt bogactwa").