W czasie kończącej się dziś sześcioletniej kadencji prezesa NBP Leszka Balcerowicza wielokrotnie pisaliśmy o nim krytycznie. Głównie w związku z jego przesadnymi obawami dotyczącymi wzrostu inflacji i chęci utrzymywania wysokich stóp procentowych. Po pewnym czasie znudziliśmy się też (co z tego, że słusznymi) nawoływaniami do prywatyzacji, restrukturyzacji i reformy finansów publicznych.

Dzisiaj warto sobie uświadomić plusy urzędowania Balcerowicza. Po pierwsze, nie mieliśmy do czynienia z żadnym krachem finansowym. Były duże wahania złotego, ale nigdy nie mieliśmy do czynienia z kryzysem (pamiętajmy, że gdy Balcerowicz przychodził do banku, deficyt obrotów bieżących był kilka razy większy niż w tej chwili). Po drugie - faktycznie możemy się cieszyć z niskiej inflacji (zbyt niskiej - dodają niektórzy). Wreszcie, pod kierownictwem Leszka Balcerowicza NBP przekształcił się w naprawdę sprawny organizm. Chodzi tu nie tylko np. o zapewnianie sprawności rozliczeń, ale też o zbudowanie jednego z najlepszych (jeśli wręcz nie najlepszego) ośrodka analizującego to, co dzieje się w gospodarce. Za to wszystko Balcerowiczowi należą się podziękowania.

I podobnych osiągnięć należy życzyć jego następcy - Sławomirowi Skrzypkowi. Jeżeli dziś zostanie on oficjalnie wybrany na prezesa NBP przez Sejm, to jutro czeka go pierwszy dzień pracy w banku. Nie ma co ukrywać, że z przyjściem nowego prezesa wiążą się raczej obawy niż nadzieje. Tylko trochę uspokajają zapowiedzi, że nie będzie rewolucji w sposobie działania banku centralnego.