Wybór Sławomira Skrzypka na prezesa NBP przypominał rozdanie brydżowe. Partnerzy przy koalicyjnym stoliku licytowali się stanowiskami, blefowali i zwlekali z decyzjami. Znalezienie 500 mln zł na podwyżki dla nauczycieli nie wystarczyło. Ta kwota okazała się zbyt mała, by zadowolić wicepremiera i ministra edukacji Romana Giertycha. Właściwie nie powinno to dziwić - PiS-owski kandydat nie zdał egzaminu z makroekonomii i polityki pieniężnej, a to przecież Liga odpowiada za oświatę. W takiej sytuacji powołanie Skrzypka na szefa NBP rządząca partia okupić musiała czymś "ekstra". Nieważne, że LPR ma tylko 29 mandatów. Roztropni gracze wiedzą, że o zwycięstwie w brydżu decyduje siła kart i ich rozkład u obydwu partnerów. Nie dziwmy się, że ustępstw od PiS zażądała przy tym także silniejsza Samoobrona.

Co to będą "frykasy"? Ano różne. Głośno o stanowiskach w Ministerstwie Finansów, radzie nadzorczej Telewizji Polskiej, zmianie zasad opodatkowania biopaliw oraz korektach ordynacji wyborczej. "Ceną" za poparcie Skrzypka są także posady dla koalicjantów w samym NBP. Należy wierzyć, że uzgodnienia takie nie zapadały jeszcze w trakcie wczorajszych spotkań klubów parlamentarnych z kandydatem (za zamkniętymi drzwiami).

Dziwna ta licytacja, skoro partnerzy nie mogą się dogadać. Miejmy nadzieję, że wiedzą, "co jest grane" i nie pogubią się już podczas rozdania kart.