Zamknijcie oczy, zatkajcie uszy i zróbcie kilka spokojnych wdechów i wydechów. I wyobraźcie sobie taką sytuację: jest rok - powiedzmy - 2001 i ktoś mówi, że widzi już WIG powyżej 50 tys. pkt. Co zrobilibyście najpierw? Wybuchnęlibyście śmiechem czy - patrząc z przerażeniem na wizjonera - dzwonilibyście po psychiatrę?

Pięć-sześć lat temu nastroje większości inwestorów były podłe, a mówienie o przyszłych wzrostach wywoływało irytację stłamszonych ciężką bessą. No i właśnie na przekór owej zniechęconej większości, hossa właśnie przyszła. I to wielka. Ta sama większość, która wcześniej zgodnie pielęgnowała rozczarowanie i zniechęcenie bessą 2000-2002, choć z początku nieufna wobec nowego trendu, od 2003 r. stała się motorem hossy. Pomyślmy. Jeśli rynek miałby zachować się zgodnie z tą samą przewrotną logiką, która przyniosła właśnie ową hossę, to czegoż to można byłoby się spodziewać teraz, gdy większość nowych inwestorów czeka zapewne na kolejne spektakularne wzrosty i zyski? Apetyt jest zrozumiały. Potencjał rynku - ograniczony. Choćby przez cztery lata hossy i duże wzrosty cen. W ten sposób oczekiwania przeważającej liczby inwestorów mogą okazać się większe od możliwości. Jak pokazuje przykład polskiego politycznego światka, demokracja i zasada prymatu większości nie są bynajmniej doskonałymi wynalazkami. Większość nie musi mieć racji.

Mania internetowa i związany z nią krach pokazały, jak bardzo złudne są opinie większości. Ceną za wiarę w cuda była ciężka bessa lat 2000-2002. Dla wielu - czas zniechęcenia i pesymizmu. Błędnego pesymizmu. Na przekór bowiem owej zgodnej ponurej większości, przepływy kapitałowe wspierane przez pozytywne sygnały makroekonomiczne praktycznie już od 2002 r. zaczęły windować ceny. Proces nabierał tempa. Ludzie przypomnieli sobie o giełdzie, a wielu - dopiero ją odkryło. W ciągu kilku lat kursy i indeksy osiągnęły poziomy, które kilka lat wcześniej uznano by za urojenie. I im szybciej wspinały się notowania, tym bardziej powiększało się grono optymistów i tym bardziej rósł apetyt na szybki i sowity zysk. Można odnieść wrażenie, że spektakularna hossa ostatnich kilku lat, zaskakująca swoim impetem analityków, w pewnym sensie "rozpieściła" i "zepsuła" nowych inwestorów. Wielu z nich po prostu nie tylko nie zna smaku bessy, ale też mogła nabrać mylnego przeświadczenia, że giełda daje zarobić, i to ho, ho ile - przynajmniej, no, powiedzmy jakieś skromne 30 proc. rocznie. I tylko stosunkowo niewielka grupa nieśmiało kwęka i marudzi, że coś wysokie te kursy i może lepiej byłoby, gdyby rynek odpoczął. Ale dotychczas górą był trend i niewielu zawracało sobie głowy takimi "nudziarstwami". Karawana radośnie galopowała dalej, a efektem były coraz to nowe rekordy. I choć w odczuciu analityków rynkowych ryzyko rosło i rosło, to po entuzjazmie inwestorów indywidualnych (vide: gigantyczne nadsubskrypcje podsycane lewarem kredytowym) można sądzić, że niektórzy są święcie przekonani, że fundamenty fundamentami, ale osławiony napływ kapitału na giełdę zapewni nie tylko podtrzymanie koniunktury, ale i zaspokoi apetyt na wysokie stopy zwrotu. Mówiąc wprost - liczą na triumf spekulacji nad fundamentami. I, choć zanosi się na nadal spory napływ kapitału na polski rynek akcji, a podaż nowych papierów może być wciąż zbyt mała, to dysproporcja między oczekiwaniami na wysokie stopy zwrotu a realnymi możliwościami może zaszkodzić i inwestorom, i samemu rynkowi.

Jeszcze raz zamknijcie więc oczy i wyobraźcie sobie, że oto indeks nie galopuje już w górę niczym w transie... Dla wielu inwestorów z krótkim, kilkuletnim stażem to sytuacja trudna do wyobrażenia. Ale, dla własnego dobra, naprawdę warto taki scenariusz sobie wyobrazić. Na wszelki wypadek...