Wysoko ci u nas stanęła dbałość o finanse publiczne. Posuwa się ona już do tego, że w celu dbania o stan kasy państwa ministrowie sięgają po sztuczki bliskie magii. Bo rozwiązanie problemu, jak zwiększyć wpływy do państwowej służby zdrowia bez powiększania podatków albo obcinania wydatków, wydaje się zadaniem nierozwiązalnym. A jednak.
Pomysł, żeby wprowadzić nowe ubezpieczenia, które dają tzw. lepsze warunki w trakcie pobytu w szpitalu, jest bliski geniuszu. Co będzie miał z takiego ubezpieczenia Kowalski? Właściwie nic - bo nagle w szpitalach nie powstaną pokoiki z miękkim łóżkiem i dobrą kuchnią oraz widokiem na park - bo niby gdzie i za co? Za 30 złotych miesięcznie? Jedyna rzecz, która nie będzie trapić zwyczajnego pacjenta dzięki składce, to obawa, że zostanie przez lekarzy potraktowany gorzej niż inni. Więc dla świętego spokoju zapłaci.
Ale jakie korzyści dla służby zdrowia! Będzie więcej pieniędzy w NFZ, większe pensje dostaną lekarze - i to bez podnoszenia podatków. Przecież mówimy o dobrowolnych ubezpieczeniach. Dodatkowe korzyści odniesie też nasz chudy budżet. Pieniądze trafią do NFZ, który stanie się przecież częścią kasy państwa. Taki plan ma wicepremier Gilowska. Te środki, razem z innymi z FUS i KRUS, oznaczają, że potrzebny będzie jeszcze tylko średnio rozgarnięty księgowy, aby dzięki sterowaniu przepływami uszczknąć jakieś 10-15 mld zł z deficytu (tu się przesunie, tam się opóźni). Dzięki temu dziura budżetowa szybko spadnie poniżej 3 proc. PKB i będziemy mogli przyjąć euro. I na dodatek nie trzeba będzie żadnych reform. Czyż to nie cud?