Wzrost w pierwszej części sesji to niemal w całości zasługa nastrojów, jakie przeniesione zostały na warszawski parkiet ze środowej sesji na światowych giełdach. Amerykańskie indeksy albo wspięły się na nowe szczyty hossy (Dow Jones i S&P 500), albo zachowały się znacznie lepiej niż reszta sektora (Nasdaq). Do tego czwartą sesję z rzędu rósł kurs miedzi, który piął się w górę także w trakcie czwartkowych notowań, co oczywiście zachęcało do odreagowania na akcjach KGHM. Jeśli dodać do tego pozytywne nastroje na pozostałych emerging markets, to mamy powody, dla których przez pierwszą część sesji na rynku zupełnie nie widoczna była strona podażowa.

Niedźwiedzie pojawiły się dopiero po południu, gdy WIG20 zaliczył sesyjne szczyty na 3484,3 pkt. Styl tego wzrostu wskazywał na klasyczne sztuczne podnoszenie indeksu, które możliwe było dzięki połączeniu ww. powodów z niską płynnością kluczowych spółek. Większość inwestorów po "koszykowych" doświadczeniach już wie, że takie spekulacyjne ruchy nie mają trwałego charakteru. Tak było i tym razem, a korekta wzrostu sprowadziła nas z powrotem w obszar dwugodzinnej konsolidacji sprzed południa.

Na jej poziomie rynek znowu się uspokoił i czekał na kolejny impuls. Za taki uznać można wyraźnie osłabienie złotego. Ostatnie miesiące notowań pokazują bardzo silną korelację między najważniejszym indeksem GPW (WIG20) a notowaniami polskiej waluty. To samo dotyczy pozostałych emerging markets i w tym kontekście nieco zdziwienia budzi załamanie się tego schematu w ostatnich dniach, gdy waluty rynków wschodzących z naszego regionu należą do jednych z najsłabszych od początku roku, a słabości tej nie podzielają giełdowe indeksy. Dla przykładu - czeski PX systematycznie od czterech sesji wyraźnie poprawia szczyty hossy.

Oczywiście można dyskutować, czy przecena rynku w końcówce sesji to zasługa słabnącej waluty, czy jedynie wynik arbitrażu (czytaj: spekulacji kryjącej się pod arbitrażem, gdyż poziom bazy nie uzasadniał koszykowych zleceń kupna). Koszyki bez wątpienia wpłynęły za to na dynamikę spadku. To osłabia wymowę przeceny z końcówki sesji. Niemniej jednak najzdrowszym rozwiązaniem dla obu stron byłoby teraz zmierzenie się z poziomem luki hossy WIG20 z 18 stycznia. Prawdziwą kondycję rynku poznamy dopiero przy testowaniu tego poziomu.