Od trzech miesięcy daje się zaobserwować narastające problemy tego indeksu z kontynuacją wzrostu. Dobrze je opisuje malejąca 4-tygodniowa zmiana S&P 500. Pod koniec października 2006 r. sięgała 3,4 proc. (biorąc pod uwagę 4-tygodniową średnią), obecnie jest to już mniej niż 0,9 proc. To oznacza, że w tym czasie przeciętnie można było zarobić mniej niż 0,9 proc. trzymając akcje przez cztery kolejne tygodnie.
Historia ostrzega
Wytracenie tempa przez ruch zwyżkowy nie stanowi samo w sobie złej przepowiedni. Jednak historia ostatnich trzech lat ewidentnie wskazuje na to, że taka sytuacja jest poważnym ostrzeżeniem. Wszystkie korekty, jakich byliśmy świadkami od początku 2004 r., były poprzedzane osłabieniem dynamiki wzrostu. Towarzyszyło temu jednocześnie znaczące obniżenie zmienności rynku. Jest ono obecne również i teraz. Co więcej, tym razem zmienność spadła do poziomu nienotowanego od połowy lat 90. Uwagę zwraca redukowanie długich pozycji w instrumentach pochodnych na S&P 500 przez inwestorów o nastawieniu spekulacyjnym. W przypadku trzech wcześniejszych korekt spadkowych ich decyzje okazywały się trafne i w niedługim czasie po nich na rynku pojawiała się przecena.
Jeszcze jeden element wskazuje na narastające zagrożenie pogorszeniem koniunktury na parkietach w USA. To rosnąca stopniowo, acz konsekwentnie, rentowność obligacji. W przypadku 10-latek w czwartek dotarła do 4,87 proc., najwyższego poziomu od połowy sierpnia 2006 r.
Na początku grudnia minionego roku zyskowność 10-latek wynosiła nieco ponad 4,4 proc. Konsekwencją sytuacji na rynku papierów skarbowych był znaczący spadek różnicy między stopą zysku (odwrotnością wskaźnika cena/zysk) dla S&P 500 a dochodowością obligacji 10-letnich.