W ostatnich dniach przedstawiono publicznie pomysł połączenia podatków i płatności na rzecz ZUS w jedną daninę publiczną. Można temu rozwiązaniu wiele zarzucić. A to wątpliwą skuteczność poboru, a to tworzenie wielkiego i pewnie jeszcze mniej efektywnego molocha administracji publicznej. Czy też wykreowanie bardzo pożądanego przez polityków stanowiska supernadzorcy i włodarza olbrzymich pieniędzy, którym byłby szef takiej instytucji. Zarzuty te mają swoje głębokie uzasadnienie i wymagają poważnych przemyśleń.
W połączeniu tych dwóch różnych świadczeń na rzecz państwa widzę jednak kilka istotnych zalet. Za najważniejsze uznałbym nie względy bezpośrednio ekonomiczne, ale edukacyjne. Nareszcie może szerokie rzesze społeczne zrozumiałyby, czym w istocie są podatki i państwowy system ubezpieczeń. Oba te świadczenia mają charakter daniny publicznej. A to oznacza, że obywatel ma obowiązek ponosić te ciężary na rzecz państwa, a w zamian za to nie ma żadnych szczegółowo określonych uprawnień, a jedynie mgliste zapewnienie opieki państwa.
Wspomniane daniny mają identyczny charakter - jednostronnego świadczenia pieniężnego obywatela na rzecz państwa. Obywatel nie może liczyć na ekwiwalentne do jego obciążenia fiskalnego świadczenia ze strony państwa. Można mówić nawet o proporcjach odwróconych - podatnicy zobowiązani do najwyższych wpłat otrzymują z kasy państwa proporcjonalnie (w stosunku do wpłat) znacznie mniej niż osoby płacące niskie podatki. A są beneficjenci tego systemu, którzy w ogóle nie ponoszą ciężarów na rzecz państwa.
Cały układ funkcjonuje w ramach tzw. "sprawiedliwości społecznej". W tym nurcie myślenia mieści się również progresywna (ogólna) skala podatku od dochodów osób fizycznych. Ciekawe, jakich "łamańców intelektualnych" dokona się, aby połączyć propor- cjonalną składkę ZUS z progresywnym podatkiem PIT. A może skłoni to ustawodawcę do postawienia systemu podatkowego z głowy na nogi i wprowadzenia powszechnego podatku dochodowego proporcjonalnego? Właśnie proporcjonalnego, a nie liniowego! Mniej zorientowanym osobom podatek liniowy kojarzy się z konstrukcją podatku pogłównego, czyli stałej (liniowej) wpłaty, niezależnej od wielkości dochodu. Nie rozumiem, dlaczego prorynkowe koła polityczne przystały na nazywanie podatku proporcjonalnego podatkiem liniowym.
Usprawiedliwieniem wprowadzenia progresji w PIT było realizowanie polityki społecznej poprzez finansowe wymierzanie wcześniej wymienionej "sprawiedliwości społecznej". W rzeczywistości to tylko fetysz propagandowy, motywacja do obchodzenia bzdurnych przepisów i demotywacja do wydajnej, wysokopłatnej pracy - w ramach stosunku pracy. A "sprawiedliwość społeczna"? Przecież płacimy (jako społeczeństwo) niemal dwa razy większe (w wartościach nominalnych) od PIT podatki VAT, które są podatkami proporcjonalnymi! I jakoś nikogo nie razi ta "niesprawiedliwość społeczna". Zasada jest prosta: im więcej konsumuję, tym więcej płacę. Ale proporcjonalnie do wielkości wydatków, przy stałej stawce procentowej. A podatki od zysków kapitałowych czy nieprofesjonalnego obrotu nieruchomościami? Przecież tu też mamy podatek proporcjonalny do wielkości osiąganych dochodów; o żadnej progresji nie ma mowy.