Nasza giełda jest w najlepszym tego słowa znaczeniu konserwatywna - oryginalnych czy kontrowersyjnych produktów na niej nie uświadczysz. Czasem jednak - aż żal.
Mamy kilkanaście tysięcy aktywnych inwestorów giełdowych. I kilkanaście (co najmniej) milionów specjalistów od polityki. Tych pierwszych jest za mało, tych drugich... w sam raz. Jak te grupy połączyć? Potrzebne są tylko kontrakty terminowe, pozornie skomplikowany instrument, w istocie - rodzaj zakładu o to, kto ma rację. Wyobraźmy sobie futures na poparcie dla partii politycznych. Handel daną serią rozpoczynałby się w dniu ogłoszenia wyników wyborów parlamentarnych. Dzień wygaśnięcia to oczywiście dzień ogłoszenia wyników następnych wyborów (ostateczny kurs rozliczeniowy równy rezultatom poszczególnych partii). W trakcie życia kontraktu jego wartość zmieniałaby się w rytm publikowanych systematycznie sondaży (oczywiście, nie tylko sondaży). Innymi słowy, instrumentem bazowym byłoby deklarowane poparcie społeczne dla partii, a przy szerszej ofercie - dla partyjnych liderów, rządu itd.
Załóżmy, że poparcie dla danej partii w wyborach sięgnęło 20 proc. (2ooo pkt bazowych). Tyle wynosiłby "kurs" instrumentu bazowego. Podobny byłby pewnie pierwszego dnia kurs kontraktu. Przyjmijmy mnożnik 10 zł za punkt bazowy. Mamy zatem początkową wartość kontraktu 20 000 zł. Zmiana poparcia o 1 pkt proc. w sondażach oznaczałaby (teoretycznie) zmianę wartości kontraktu o 1000 zł. A więc niemało. Ponieważ zwykle w badaniach podaje się wyniki z dokładnością do jednego miejsca po przecinku, np. 5,1 proc., minimalny krok notowań musiałby wynosić 0,1 proc. Mniejsza o szczegóły. Zwróćmy jednak uwagę, że przy naszych założeniach ktoś, kto kupiłby za 4 tys. zł (dwie przeciętne pensje) dwa kontrakty po kursie 20 proc. i wartości 20 tys. zł każdy (depozyt zabezpieczający - 10 proc.), a następnie sprzedałby je po kursie 40 proc., zarobiłby w sumie 40 tys. zł! 900 procent! I miałby na... samochód.
Gra toczyłaby się w rytm spływających z polityki i od polityków informacji. Wyobraźmy sobie, jaka byłaby zmienność instrumentu w ostatnich tygodniach. Oczywiście, trzeba by się zastanowić, czy przedterminowe wybory oznaczałyby koniec życia danej serii futures, czy potraktowane zostałyby jako jeszcze jeden, za to najbardziej wiarygodny, sondaż.
Kluczowe jest jednak, czy taki rynek mógłby ucywilizować relacje polityki z gospodarką? Otóż, gdyby był dość duży, kto wie. Załóżmy, że obecne byłyby na nim fundusze inwestycyjne i emerytalne, a poprzez nie znów miliony Polaków, nie tylko interesujących się polityką.