Po umiarkowanie optymistycznym minionym tygodniu na światowych giełdach w poniedziałek na parkiety wkradła się niepewność. Inwestorzy postanowili wstrzymać się z większymi ruchami, wyczekując na decyzję Fed. Zgodnie prawem popytu i podaży, im dobro jest rzadsze, tym wyższa powinna być jego wartość. Zasada ta świetnie pasuje do wypowiedzi Alana Greenspana, które ostatnio obrodziły aż w nadmiarze. Kiedyś, gdy było ich jak na lekarstwo, rynki akcji uważnie analizowały każde słowo byłego szefa amerykańskich władz monetarnych. Dziś, gdy Greenspan przy każdej możliwej okazji daje do zrozumienia, że świat czeka finansowa apokalipsa, mało kto się tym przejmuje. Według najnowszych opinii poprzedniego prezesa Fed, rynek nieruchomości w USA może czekać w najbliższym czasie nawet dwucyfrowa przecena, a redukcja stóp procentowych grozi wzrostem presji inflacyjnej. Nowością w wypowiedziach Greenspana było zwrócenie uwagi również na sytuację na Starym Kontynencie. Jego zdaniem, na kryzysie może ucierpieć chociażby Wielka Brytania, gdzie nadejdzie kres boomu na rynku nieruchomości. Co ciekawe, w pewnym stopniu obawy te potwierdzają specjaliści z Ernest & Young, którzy szacują, że przez wzrost kosztów kredytowania dynamika PKB może spaść na Wyspach nawet o 1 proc. Korekty prognoz wzrostu gospodarczego w dół dokonali również ministrowie państw UE obradujący w Portugalii. Jeżeli choć część tych obaw okazałaby się prawdziwa, sytuacja z pewnością nie byłaby wesoła. Na niewiele zdałoby się nawet cięcie stóp za oceanem. Nawiasem mówiąc, spadek kosztów pieniądza o 50 punktów bazowych jest już najpewniej wkalkulowany w ceny akcji. Pozostaje jeszcze tylko pytanie, na ile zdyskontowane są te wszystkie wątpliwości i obawy inwestorów. Wskaźniki wyceny na Wall Street są obecnie najniższe od kilkunastu lat, indeksy nastroju rekordowo pesymistyczne, więc jeśli dodatkowo przypomnimy, że średnie giełdowe zwykle wyprzedzają gospodarkę o 3 do 6 miesięcy, może się okazać, że niedługo najgorsze będziemy mieli już za sobą.
PARKIET