Nawet 81,24 dolara płacono wczoraj w Singapurze za baryłkę ropy notowanej w Nowym Jorku. Przebicie poniedziałkowego rekordu zamknięcia (80,57 USD) to efekt wyczekiwania przez inwestorów na przedstawienie przez Departament Energii danych dotyczących zapasów i na wynik posiedzenia Rezerwy Federalnej.
Mimo obaw o kondycję gospodarki amerykańskiej, kolejne sygnały płynące z rynku potwierdzają przewagę popytu nad podażą surowca, co wobec nadchodzącej zimy na półkuli północnej po raz kolejny wywindowało ceny do poziomu historycznego maksimum. - Z technicznego punktu widzenia dzisiejszy rynek może ustabilizować ceny na pułapie nawet 83-84 dolarów - twierdzi Tom Hartman, makler z Altavest Worldwide Trading.
Po tym, jak huragany w Zatoce Meksykańskiej zagroziły utrzymaniu tamtejszego wydobycia ropy na dotychczasowym poziomie, inwestorzy z niecierpliwością czekają na raporty Departamentu Energii USA dokumentujące stan amerykańskich zapasów. W ciągu ostatnich dziesięciu tygodni zmniejszyły się one o 8,9 proc. W chwili, w której trzymają Państwo w rękach "Parkiet", znamy już zapewne treść najnowszego opracowania. Jednak ekonomiści i inwestorzy już wczoraj antycypowali pogłębienie się pustek w magazynach.
Podobny wpływ na zachowanie ceny ropy miało wczorajsze posiedzenie Fed.
Powszechne przekonanie, że Rezerwa obniży krótkoterminowe stopy procentowe, co korzystnie przyczyni się do wzrostu konsumpcji w Stanach Zjednoczonych, pomogło w ciągu dwóch ostatnich dni o ponad dolara przeskoczyć rekord sprzed tygodnia.