Pogorszenie koniunktury na rynku kapitałowym spowodowałoby, że klienci nie mogliby już liczyć na kilkudziesięcioprocentowe zyski, dzięki funduszom inwestycyjnym. Ale specjaliści od private banking są przekonani, że dla tej branży nie byłby to powód do wielkiego zmartwienia.
Czarne chmury nad giełdami, nie tylko polską, ale przede wszystkim amerykańską, zbierały się już od dłuższego czasu. Ale do burzy z piorunami doszło dopiero w połowie sierpnia. Wtedy w zaledwie dwa dni ceny akcji spadły po kilka, a w przypadku mniejszych spółek (które wcześniej dawały zarobić najwięcej) nierzadko nawet kilkadziesiąt procent. Co prawda, później sytuacja zaczęła się poprawiać, ale z pewności zysków, jaka towarzyszyła inwestycjom przez kilka poprzednich miesięcy, niewiele zostało.
Najbardziej narażeni na straty byli - oczywiście - posiadacze największych aktywów, czyli klienci private banking. Przez kilka ostatnich lat ten segment usług finansowych rozwijał się w naszym kraju bardzo dynamicznie. To zasługa dobrej koniunktury w całej gospodarce (coraz więcej osób spełnia wymogi pozwalające skorzystać z w założeniu elitarnych usług) i na rynku kapitałowym (wysokie stopy zwrotu zachęcały do szukania swojego doradcy private banking). Czy sierpniowe załamanie i oczekiwania dłuższej bessy nie sprawią, że klienci odwrócą się do private bankingu? Zdaniem naszych rozmówców z branży - nie.
Klienci będą potrzebowali doradztwa
- Słabsza koniunktura na giełdzie nie jest zagrożeniem dla private bankingu - ocenia Jarosław Augustyniak, wiceprezes Noble Banku. - Wręcz przeciwnie. W okresie hossy wiele osób decyduje się na samodzielne inwestycje w akcje. Jeśli są to np. menedżerowie firm, mówią, że są w stanie zarobić nawet więcej niż przy pomocy doradcy. Gdy przychodzi korekta, klienci szukają również innych produktów, a poza tym dochodzą do wniosku, że przydałaby się rozmowa z kimś, kto opowie np. nie tylko o polskich, ale i o zagranicznych akcjach czy innych instrumentach.