Reklama

Może nam zabraknąć prądu

Inwestycje, inwestycje i jeszcze raz inwestycje - mówią przedstawiciele branży energetycznej i rząd. Około jednej trzeciej polskich bloków wytwórczych jest do wymiany. Tymczasem zapotrzebowanie na prąd rośnie. Zdążymy ze wszystkim na czas, czy za kilka lat będzie Polsce brakować energii elektrycznej?

Publikacja: 24.09.2007 11:46

Największym wyzwaniem, przed jakim stoi polska elektroenergetyka, jest sprostanie rosnącemu zapotrzebowaniu na prąd. Corocznie jest ono większe o 2,5-3 proc. Jak prognozuje Ministerstwo Gospodarki, do 2010 r. popyt na energię (brutto) wzrośnie, w porównaniu z 2005 rokiem o prawie 12 proc. Ale już do 2030 roku zużycie może wzrosnąć niemal dwukrotnie.

Całkowita moc zainstalowana krajowych elektrowni przekracza 35,7 GW, a ich moc osiągalna przekracza 35 gigawatów. Maksymalne zapotrzebowanie na moce w latach 2003-2006 nie było nigdy wyższe niż 24 GW. Jak podkreśla resort gospodarki, w projekcie "Polityki energetycznej Polski do 2030 roku", krajowe rezerwy mocy wydają się znaczne, ale tylko w sensie arytmetycznym. - Obecnie faktyczne rezerwy, a szczególnie margines prognozowany na kilka najbliższych lat, są znacznie mniejsze, ponieważ duża część mocy zainstalowanej i osiągalnej (kilka gigawatów) znajduje się w elektrowniach starych, bliskich całkowitego zużycia technicznego czy przewidzianych do likwidacji z powodu niemożliwości spełnienia wymogów ekologicznych - możemy przeczytać w rządowym raporcie. Zatem możliwość wykorzystania wielu bloków wytwórczych jest ograniczona.

Czy oznacza to, że krajowe elektrownie nie będą niedługo w stanie zaspokoić nawet obecnych potrzeb? Faktem jest, że są przestarzałe. W ciągu najbliższych dekad Polska będzie musiała odbudować 25-30 proc. z nich. Dodatkowe potrzeby inwestycyjne stwarzają wymogi Unii Europejskiej, które zobowiązują nas do ograniczenia emisji dwutlenku węgla i dwutlenku siarki. Rocznie polski sektor energetyczny będzie potrzebował na te wydatki około 5-7 mld zł rocznie.

Obawy co do topniejących rezerw potwierdzają sytuacje, do jakich doszło w lecie ubiegłego roku, kiedy to podczas upalnych dni system elektroenergetyczny w północno-wschodniej części kraju był na granicy tzw. blackoutu. W dużym uproszczeniu wyglądało to tak, że Polacy chcieli się chłodzić, co zwiększało zapotrzebowanie na prąd. Tymczasem elektrownie miały problem z chłodzeniem i musiały ograniczać produkcję. Ze strony przedstawicieli branży pojawiły się zarzuty, że zapotrzebowanie można byłoby lepiej zbilansować i za przerwy w dostawach energii odpowiada operator systemu elektroenergetycznego. Z drugiej strony widać było, że elektrownie z dużym oporem podchodzą do uruchamiania dodatkowych mocy, ponieważ wytwarzanie energii w tzw. wymuszeniu (jest ono stosowane w awaryjnych przypadkach) jest dla nich nieopłacalne.

Dobry lek czy gorzka

Reklama
Reklama

pigułka?

Zdaniem autorów wprowadzanego od początku działań obecnego rządu "Programu dla elektroenergetyki", zaproponowana reforma jest sposobem na uporanie się z tymi problemami. Jej wprowadzenie w życie powinno doprowadzić do obniżenia kosztów, przesyłania i dystrybucji prądu oraz zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju. Czy rzeczywiście? Ożywiona dyskusja na ten temat toczy się od samego początku prac nad przekształceniami w branży.

Głównym celem zrealizowanego już w części programu jest utworzenie w Polsce czterech głównych graczy rynku elektroenergetycznego, których działalność będzie łączyć w sobie wszystkie rodzaje działalności od wydobycia surowca (węgiel brunatny i kamienny), przez wytwarzanie energii do dostarczania jej ostatecznym odbiorcom. Dlatego na etapie integracji są: Polska Grupa Energetyczna, Energetyka Południe, Enea i Energa. Zdaniem autorów Programu, taka struktura powinna wzmocnić mechanizmy konkurencyjne na rynku. Tymczasem według wielu przedstawicieli branży, będzie całkowicie odwrotnie. Argumentują oni, że integracja pionowa przedsiębiorstw energetycznych w kształcie zaproponowanym przez rząd doprowadzi do drastycznych podwyżek cen energii. Pojawiają się obawy, że mogą one sięgnąć kilkudziesięciu procent.Ceny: w górę czy w dół?

Wiadomo już, że na skutek prowadzonych w Polsce przekształceń nie mamy co spodziewać się wojny cenowej między spółkami energetycznymi (część wytwórców swego czasu się jej obawiała). Mimo że od lipca nastąpiła wymuszona unijnymi przepisami liberalizacja rynku energetycznego, firmy z branży deklarują, że na obniżki cen nie ma co liczyć. O klientów będą walczyć jakością obsługi i dodatkowymi bonusami, takimi jak np. darmowe rozmowy telefoniczne. Gospodarstwa domowe otrzymały co prawda możliwość swobodnego wyboru sprzedawcy energii, ale faktycznie możliwość ta funkcjonuje tylko na papierze. Procedura zmiany dostawcy jest jeszcze niedopracowana. Efekt jest taki, że w ciągu najbliższych kilku lat między firmami energetycznymi powinno migrować tylko kilka procent klientów.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama